M

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stefka (C). Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stefka (C). Pokaż wszystkie posty

niedziela, 6 maja 2018

Od Stefki CD Bruno


Jednego byłem pewien. Blondynka nie była zwykłym cywilem. Poruszała się inaczej, zachowywała, mówiła. Łypała tym uważnym spojrzeniem, wyszukując niuansów i wyciągając kolejne to wnioski z mojej postawy, słów, odbioru jej osoby. Teraz pytanie, żołnierzyk pod przykrywką, czy pierdzielony rebeliant, który szuka guza w każdym możliwym miejscu, starając się zdobyć jakiekolwiek informacje o czymkolwiek. W sumie obie grupy były upierdliwe, uciążliwe i człowiekowi się ulewało, gdy słyszał o kolejnych akcjach dywersyjnych, czy że znowu odstrzelili nam jakiego mutanta, bo się dał wykryć idiota.
O ile łatwiej by było, gdybyśmy wszyscy po prostu usiedli przy piwie, makao, a jak wojnie, to tej karcianej i po prostu to obgadali, zamiast wyżynać się na potęgę? Odpowiedź to: W chuj.
— Śmiem nie wątpić, do jakiegokolwiek sklepu nie wejdziesz jest to samo — mruczała, na koniec nieco markotniejąc, bo powiedzmy sobie szczerze, wieczne szranki i potyczki nikogo już nie bawiły i naprawdę każdy marzył już o cudownym, szczęśliwym zakończeniu jak z bajki, które znając mojego farta, nastąpi zaraz po tym, jak mnie który żołnierz z obdarowanym pomyli albo nie przypodobam się rebelii. — Chciałabym powiedzieć, że wiele do zaoferowania mają ludzie ale takich coraz mniej. Wojna zmienia ludzi. W ogóle czasem mam wrażenie, że większość ludzi szuka jakiegokolwiek pretekstu do konfliktu — mówiła ciągle, a ja mogłem tylko się krzywić i kombinować, co powiedzieć i jak, żeby przypadkiem sobie wroga nie narobić. Jeszcze mnie sprzeda, pieprzony szmalcownik dwudziestego pierwszego wieku.
— Coś w tym jest — odparłem krótko, neutralne terytoria, dajcie mi wszyscy święty spokój.
— Tak musi być w tym — rzuciła ciężkim tonem, oglądając dokładnie roślinki i nie, proszę, nie mów więcej, nie miałem najmniejszej ochoty babrać się w coraz większych, psychologicznych zagwozdkach. — Gdyby tak nie było, historia ludzkości nie byłaby taka krwawa. I to aż dziwne, że po wielu tysięcy latach ludzie nigdy nie zorientowali się, że mieszkają wśród nich Mutanci. Musieli być naprawdę inteligentni. Co się z nimi stało w tych czasach. Może działa rozwój technologii, kij wie — gadała monotonnie, a to wzruszając ramionami, a to wąchając te pierdzielone chabazie i nie zapowiadało się na to, żeby szybko skończyła swój monolog.
— Dobre spostrzeżenie. Wybrała już pani? — Nie, żebym chciał się jej pozbyć, ale chciałem się jej pozbyć, jak źle to nie brzmi. Wrócenie do krzyżówki było dla mnie w tym momencie jak ta jedna, jedyna myśl, która byłaby w stanie utrzymać mnie przy życiu.
— Tak, jaśmin będzie idealny — odparła ku mojej radości, podając mi kwiat, a ja zawyłem z radości. W duchu, oczywiście.
— Przepraszam, pilne — mruknęła, wyciągając telefon z kieszeni i wychodząc z pomieszczenia, podczas gdy ja zająłem się cichym wzdychaniem, wypuszczeniem pary i oporządzaniem wybranego kwiatka.
Reklamówka, podstawka do roślinki, odżywka w gratisie i wyciągnięcie całego majdanu w postaci dodatkowych pierdół, które powinienem zaprezentować i sprzedać klientom. Co z tego, że nikomu te klamory w domu potrzebne nie były, nie, masz sprzedać, Mazur, bo zobaczysz pieniądze pierwszego, jak świnia niebo.
Blondynka wróciła pospiesznie do pomieszczenia, na co chrząknąłem i wysiliłem się na uśmiech.
Dasz radę, Stefa, to przecież już standardowy rytuał.
— Mógłbym również pani zaproponować specjalny nawóz w płynie do roślin doniczkowych, ozdóbki do powtykania, jak i doniczki, całkiem nowa dostawa, ceramiczne, plastikowe, szklane, różowe, niebieskie, białe, we wzorki, bez wzorków, specjalnie postarzane, w antycznym stylu, z ozdobnikami, zawijasami, malunkami, no do wyboru do koloru, hulaj dusza, piekła nie ma. Zawinąć w celofan? Wstążeczkę dorzucić? Może psikacz na utrwalenie pączków? — mamrotałem i mamrotałem, końca nie było widać, ale trzeba było wszystko dokładnie sprezentować, przedstawić i zaprezentować. — Jeśli nie, to czy to wszystko? Karta, gotówka, drukować potwierdzenie?
Odetchnąłem ciężko, gdy cała maniana została odstawiona, codzienny „różaniec” wypowiedziany, a cała szopka przedstawiona w och, jakże piękny sposób.
Co ja tu jeszcze robię.
Już w barze byłoby lepiej pracować, cholera jasna.

<Bruno?>

[NASTĘPNA CZĘŚĆ]

sobota, 7 kwietnia 2018

Od Stefki CD Kordiana

Gównarzeria przyszła i zaczęła się popisywać, a mi, biednemu kwiaciarzowi, którego niejedna osóbka odważyłaby się określić już mianem emeryta, pozostawało tylko uprzejmie dobierać ten walony dzban i wcale nie chodziło o takie, które przemierzały właśnie tutejsze uliczki. Wyciągałem kolejne, szykowałem, rozcinałem, szukałem, kręgosłup zaczynał boleć, towarzyszyły mi przy tym wszystkim ciche sapnięcia, no i oczywiście ciekawskie spojrzenie oczu chłopaka. Nawet nie wiedziałem, jakiego koloru, nie miałem najmniejszej ochoty przypatrywać się tej małej paskudzie, która się tutaj przytarabaniła. Wszystkie były po jednych pieniądzach, zarozumiałe bachorstwo, które i tutaj się powtórzę, myśli, że podbije cały świat i uratuje go przed upadkiem. Błagam was, wyrżnęliśmy się w pień, tutaj już nie ma co zbierać.

Pokazałem pierwszy lepszy wazon, jaki znalazłem, na moje szczęście się spodobał, dlatego bez ociągania zacząłem go pakować i wtedy, tuż po wyłożeniu kasy na stół zaczęła się jazda bez trzymanki i naprawdę nie mam zielonego pojęcia, dlaczego zgodziłem się, żeby ten dzieciak wziął moją krzyżówkę i zaczął ją rozwiązywać, jak gdyby nigdy nic, przy okazji pouczając mnie na głos. No błyszcz, błyszcz, ale łatwiej by było, jakbyś się smarku parszywy brokatem obsypał, bo naprawdę miałem ochotę usiąść i rozwiązać tę krzyżówkę samemu, bo kurwa były drogie. Szczególnie teraz. Dobrze, że miałem jeszcze kilka w zapasie, bo gdyby nie, to z radością zdzieliłbym gówniarza nią po łbie i jeszcze nawrzeszczał, już nawet nie licząc się z reputacją, no kurwa jego Maciek, no mi zajęcie na kolejne kilka godzin ukradł, bo się musiał wymądrzyć, pierdolę taką politykę. Napisał egzamin gimnazjalny i wielki pan i władca się znalazł, gówniarzu, PIT tyś kiedyś rozliczał? Nie? A jakiekolwiek podatki odprowadziłeś? Nie? No to może, chociaż kajak wynająłeś na wakacjach? Właśnie.
Jeszcze potem tekst o książkach, no mówię, coś tu śmierdziało wojskiem i zgranie kolejnego Kowalskiego, który na lektury charczy, brzmi lepiej, niż dobrze, prywatne zbiory z kilkudziesięciu lat wstecz pięknie błyszczały się w kartonach.
Już ignorowałem całą resztę i jak coś się działo, to odpowiadałem zdawkowymi mruknięciami, albo kiwaniem głowy, bo nic innego lepszego do roboty nie miałem, a naprawdę chciałem już zbyć chłopaka, zresztą jak resztę tych osobników, które najwyraźniej na łeb upadły już iks lat temu.
Jak na przykład Niemiec, który wlazł do kwiaciarni i z tego, co zauważyłem, pozwolił sobie na o jeden gest za dużo w stosunku do bruneta. Naprawdę nie chciałem się wtrącać do tego, co ich łączy, co nie, co robią, jak spędzają wolny czas i ogólnie co tam między nimi zachodzi, no ale jak mi zaczęli jeden na drugiego wrzeszczeć, to żem się skrzywił, bo mi renomę kwiaciarni popsują i co będzie. Wysłuchałem dokładnie wywodów chłopaka, który, no powiedzmy szczerze, emocji sobie nie szczędził i naprawdę chciałem ich wywalić na zbity pysk na bruk, bo nikt mi nie będzie się w lokalu darł, klepał po dupie i używał niecenzuralnych słów, no szanujmy się, błagam, proszę, liczę na litość sił wyższych, bo to, co ostatnimi czasy się działo, to była istna zakrawa na kpinę.
Parsknąłem, prychnąłem i już miałem reagować, opieprzyć chłopaka, jak i mężczyznę z góry do dołu i wyrzucić, kiedy chłopak po prostu go puścił i zamiatając tyłkiem, opuścił pomieszczenie, wcześniej pusząc się i jeżąc jak zirytowany kocur. Zerknąłem ze zdziwieniem na Niemca, który zdążył zarobić lepę na pysk, niezłe kazanie i szok spowodowany reakcją gówniarza.
Przetarłem twarz, ale mimo wszystko się uśmiechnąłem, bo takiej komedii już dawno nie widziałem, a wkurwiony chłopak wyglądał po prostu zabawnie.
Oczywiście za chwilę z pokorą przywitałem się z mężczyzną i zacząłem go obsługiwać, bo co innego mogłem zrobić, przecie to nie moja sprawa. Komentarzy jak zawsze sobie oszczędziłem, wzrok miałem nieobecny, a cała sytuacja przeszła bez najmniejszego odzewu, bo przecież, po co się jakkolwiek wychylać.
Życzenie miłego dnia tuż po zapłacie, skinięcie głową i opuszczenie lokalu. W końcu mogłem wrócić do panoramy, chociaż jedną musiałem przeskoczyć, bo nie mi przyszedł zaszczyt ją ukończyć.
Prychnąłem w myślach. Te dzieciaki w dzisiejszych czasy nie mają za grosz kultury i tego człowiek był bardziej niż pewien.

Z głośnym, aczkolwiek odprężonym westchnięciem przekręciłem klucz w drzwiach i uznałem, że mimo dość idiotycznych atrakcji, ten dzień był znośny i nawet przyjemny. Posprzątałem, przeliczyłem kasę, poukładałem jeszcze odżywki i koniec końców mogłem nareszcie opuścić klitkę, by odetchnąć świeżym śmierdzącym powietrzem, wyciągnąć papierosa i ruszyć z kopyta, bo dzisiaj dzień, w którym postanowiłem pozwolić sobie pofolgować i ruszyć na mieściny nawet na zwykły spacer, bo może to w końcu będzie ten upragniony dzień, gdy dostanę kulkę w łeb i ułożą mnie gdzieś obok babuszki, no kto by tego nie zapragnął? W takich realiach? Chyba każdy.
Liczyłem tylko na dzień bez dziewczyn, przy których załączałby mi się tryb Matki Teresy, czy innego obrońcy uciśnionych.
No, a potem namierzyłem tylko chłopaczynę z poranka, liczyłem tylko na możliwość spierniczenia stamtąd w podskokach bez zostania zauważonym, ale przydługie gapienie się na eleganckie wdzianko, w jakie się wbił, doprowadziło tylko do tego, że szybko odnalazł mnie spojrzeniem, a ja modliłem się tylko o szybką śmierć, bo raczej o panowanie nad emocjami u niego krucho, co udowodniła mi dzisiejsza akcja. Dlatego nie czekając dłużej, po prostu uciekłem spojrzeniem i ruszyłem dalej, odpalając kolejnego papierosa i licząc przy okazji na to, że żaden strażnik podwórka nie zdecyduje się mi za to urwać jaj, bo byli zdolni do wszystkiego, a szary Kowalski, taki jak ja, to przecie nic do zaoferowania nie miał.
Widok gówniarza jednak miał tam jakieś plusy, bo automatycznie załączyła mi się przypominajka o krzyżówce, którą przydałoby się kupić, bo ktoś zdecydował mi się popsuć zabawę na długie wieczory.
Byle mnie wzbudzić podejrzeń, byle nikogo nie skusić, byle wyjść bez szwanku, tylko o tyle proszę.
Co tam, że wychodziłem na hipokrytę, mimo poprzednich bzdetów umierać nie chciałem. Chyba.

[NASTĘPNA CZĘŚĆ]

piątek, 6 kwietnia 2018

Od Stefki CD Usagi - Zakończenie

Miałem ochotę coś roztłuc, gdy kobieta, zamiast postawić rzeczy na ladzie, która stała centralnie przed nią, postawiła wszystko na podłodze, no cholera jasna, myślała ona, czy jednak jakoś moment jej jakiekolwiek procesy myślowe ukrócił do minimum, bo żem pyska nastrzępił. Rozwydrzone bachorska, które myślą, że są w konspiracji, to świat przed nimi padnie na kolana i zacznie ich całować po stopach, kurwa światełka narodów, gówno prawda, srał to wszystko pies. Sami sobie zasłużyli na cierpienia, a teraz jeszcze płaczą.
No przepraszam, wystarczało nie poddawać się emocjom i rozwalać nastolatków o ściany ze swoją nadludzką siłą. Jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz, a nawet jak potem poprawisz, to niesmak po złej nocy i tak pozostanie.
No, ale co miałem zrobić, jak podnieść te nieszczęsne pakunki, rzucić je na magazyn, bo mi kto jeszcze je podepcze, a nie chciałem mieć dziwnej, niezidentyfikowanej plany, czegoś rozpaćkanego na podłodze, żeby jeszcze potem to sprzątać, no do tego poziomu jeszcze żem się nie zapędził.
Westchnąłem ciężko, ogarnąłem pomieszczenie i oficjalnie zamknąłem na dzisiaj sklep, a kamień spadł mi z serca. W końcu wieczór, odpoczynek, cisza, spokój, piwo, kontynuowanie usypywania mojej małej górki z kiepów i nadzieja na lepsze jutro. Bo nic innego przecież mi nie pozostało, prawda? Podciągnąłem tylko rękawy, rozglądnąłem się po ulicy i upewniając się, że już nic, ani nikt, póki co mi nie zagraża, ruszyłem szybkim krokiem do mieszkania, przy okazji namiętnie obracając zapalniczkę w dłoniach.
— Przyszłam kupić kwiatki — oznajmiła kobieta, która na następny dzień ponownie postanowiła przybłąkać się do kwiaciarni, tym razem jednak w jakichś neutralnych i przede wszystkim normalnych intencjach. Bo przecież zakup chabazi był absolutnie na miejscu, od tego tutaj byłem, prawda? Przynajmniej kilka groszy wpadnie do kieszeni. Uniosłem brwi, ale pokiwałem głową. — Tylko te kwiaty mają być we wesołych kolorach i najlepiej z jakąś wstążką ładną — dodała. — No tak! Poprosiłabym również kilka kwiatków ale osobno. Mają być dla chłopców jak i dziewczynek. — No i teraz to mi gwoździa zabiła, bo co oznaczało „kwiaty dla dziewczynek” i „kwiaty dla chłopców”? Czy serio docieramy do momentu, gdy rośliny i ich rodzaje zaczynają mieć płeć, jakby facetowi róży nie można było wściubić na walentynki? No ja bym się ucieszył, jeszcze jakby mi takiego badyla, jaki atrakcyjniejszy mąż przytargał, to bym skakał i piszczał z radości jak bachorstwo z podwórza, tymczasem coś takiego? — To jak będzie? — No, ale jak to się mówi, klient nasz pan, dlatego bez zająknięcia, mruknięcia, czegokolwiek, po prostu przygotowałem jakiś tam, jak to poprosiła, kolorowy bukiet, kilka ciętych kwiatów i wszystko ładnie sprezentowałem w akompaniamencie gdzieś tam cichutko przygrywającego w tle Stromae.
Sprezentowałem wszystko, rzuciłem ceną, kobieta zapłaciła i nawet dobrze nie zareagowaliśmy, bo po prostu zniknąłem na zapleczu na dłuższy czas, a gdy wróciłem, nastolatki po prostu nie było.

Koniec.

środa, 4 kwietnia 2018

Od Stefki CD Usagi

Wyleciała w podskokach, a mnie przyszło się zacząć porządnie zastanawiać, na cholerę na to zrobiłem. Jeszcze mi kto nakabluje, napluje w twarz, bo sprzedałem nie tego tulipana, co trzeba i co będzie? Więzienie będzie za wspomaganie mutantów w potrzebie, bo nie potrafiłem po prostu jak człowiek zamknąć języka za zębami, zamilknąć i nie wtrącać się w sprawy osób trzecich, no tylko rzucam się jak Matka Teresa z Katapulty i ratuję te bogu ducha winne istoty, a sam potem za to życiem przepłacę, zobaczycie. Jeszcze mnie bohaterem narodowym uczynią, jak się już spod okupacji wymskną. Stefka Mazur, samotny kwiaciarz alias Gołębie Serduszko, przetrzymywał posiadaczy anomalii między nowymi dostawami odżywek do kwiatów, gdzie moja pokojowa nagroda Nobla, powinienem dostać już co najmniej trzy. Nie będą nam niemcy pluli w twarz, powiadam wam, jeszcze zadbam o...

Nie, zdecydowanie nie, panie ptasiarz proszę usiąść spokojnie i się nie wyrywać, bileciki do kontroli, nie ma? No to proszę nam podać swój pesel, spokojnie, proszę się nie martwić światem i pańskim własnym jestestwem, pan przecie i tak jest tylko mięsem.
Mówię wam, kiedyś jednak uwierzę w słowa muzyka, którego do tej pory namiętnie słuchałem i zrobię te pierdolone sześć zer.
Aż korzystając z okazji i chwili spokoju, bo godziny martwe nadeszły, nikt nosa z domu nie wystawiał, załączyłem playlistę na starej, zjechanej już nieco komórce i zacząłem bujać się w rytmy hitów sprzed dobrych trzech, czterech lat, wspominając przyjemne chwile, gdy jeszcze nikt ci nie wsadzał shotguna do mordy, albo nie przykładał spluwy do czoła, bo akuratnio jakoś tak się krzywo zerknąłeś.
Odliczałem godziny, minuty, sekundy, do zamknięcia tego nieszczęsnego budynku, spierdzielenia w domu, przejarania paczki szlugów i zaginięcia w odmętach pościeli, mrucząc pod nosem, bo ciepło, bo miło, bo wygodnie.
No, a na dosłownie chwilę przed zamknięciem sklepu do środka ponownie wparowała uszasta dziewoja, czego początkowo nie zakodowałem, dopiero gdy usłyszałem jej głos, jakiś tam pstryczek mi przeskoczył we łbie.
— Dobry! — odparła, gdy z przyzwyczajenia rzuciłem przywitaniem, no, a że pora już późna, to trzeba było się należycie przywitać, prawda? Zerknąłem na kobietę. Nie no, bliżej jej było do nastolatki. — Przepraszam, że się narzuciłam dzisiejszego ranka. Dziękuję również za pomocną dłoń. W ramach podziękowania przyniosłam coś dla pana.— W moją stronę poleciały dłonie z prezentami, na których widok brwi momentalnie mi podbiło do góry, a mowę nieco odebrało, bo co ja miałem teraz, do cholery jasnej zrobić.
Zaburczałem pod nosem, mruknąłem coś, warknąłem i westchnąłem cicho.
— Kochanieńka moja, to cudownie z twojej strony, naprawdę, ale cholera, jak mi zobaczą, co się dzieje, to nam obu może się dostać, a jak ci jeszcze znowu te uszęta wynajdą i przypomną sobie, że w sumie się z tobą spoufalam, to kulka w łeb murowana — burknąłem, stukając palcami o ladę. — Zachowaj to dla siebie, cokolwiek tam masz, naciesz się, nie wydawaj pieniędzy na starego starusieńkiego i staraj się nie odwdzięczać za rzeczy oczywiste, bo ci każdy normalniejszy pomoże w ten sposób, przecie i tak wszyscy w tym siedzimy. — Westchnąłem pod nosem. — No, zmykaj mi z widoku teraz, bo za chwilę zamykam.

poniedziałek, 2 kwietnia 2018

Od Stefki CD Usagi

Sam nie wiem, co już wtedy do końca we mnie wstąpiło i od kiedy stałem się takim obrońcą uciśnionych, Matulką Teresą, Ojcem Zagubionych Owieczek i et cetera, bo już od dawien dawna mną tak nie wstrząsnęło, żebym, po pierwsze — rzucał się na pomoc jakiejś nastolatce, po drugie — podnosił głos, po trzecie — ogólnie jakkolwiek wychylał się ze swoich bezpiecznych czterech ścian, do których w sumie za chwilę ją zaciągnąłem, mając nadzieję, że tam jakoś skryję gówniarę przed masą rozeźlonych panienek z karabinami. Oj, jacy oni groźni, oj, oj!
— Dlaczego od razu nie uciekłaś gdy twoja czapka spadła z głowy! Masz szczęście, że ci strażnicy ciebie nie zobaczyli! — ryknąłem, za chwilę samemu dziwiąc się swojemu zachowaniu, bo cholera, Stefuńcia kochany, ty się tak nie zachowujesz i każdy o tym wie. No, najwidoczniej raz na jakiś czas, przy takiej ilości emocji i adrenaliny w żyłach, jednak załącza ci się jakiś tam pstryczek. Kryzys wieku średniego, te sprawy, proszę pana, znowu chce być pan piękny i młody, ratować cudne niewiasty, a tutaj już się nie da, bo ci za chwilkę dysk wypadnie i co wtedy?
Nagle wytargała skądś pandę. Jebaną pandę, zaraz, wróć, co?
— Czy nic ci się nie stało? — zagadnęła do pandy. Gadała do pandy. Co?
— Spokojnie, nic mi nie jest! — Panda gadała. — Dziękuję za troskę, a teraz podziękuj temu panu tak jak się mu należy — powiedziała, wskazując na mnie łapą. Puchatą łapą. Na mnie. Gadając. No, tego jeszcze nie grali. Nie ukrywam, oczy miałem jak pięć złotych w dobry, słoneczny dzień.
— Dziękuję panu za uratowanie Ryuu! — Ukłoniła się, wywołując na mojej twarzy automatyczny grymas. — Czy to pana sklep? — zagadnęła, rozglądając się dokładniej po klitce i zanim dobrze zdążyłem odpowiedzieć, ta zadała kolejne pytanie. — Jak nazywają się te kwiaty? — spytała, pokazując palcem [fe, nieładnie] jakieś chabazie na trzeciej półce od góry. Oczywiście szczerzyła się jak mało kto. Przewróciłem oczami.
— Nie ma za co, tak to mój sklep, orchidee — mruknąłem, przechodząc tuż obok dziewczyny i wyglądając przez okno. Oczekiwać tylko, aż wojsko śmignie przez ulicę, wypierdzielić ją stąd w trybie natychmiastowym, bo nie chcemy problemów, podrapać się po brodzie i udawać, że niczego się nie zrobiło. Plan idealny, Stefka, że z ciebie jednak stratega nie zrobili...

Od Stefki CD Kordiana

Jak bardzo bym nie chciał, żeby szanowna [nie] pani na K, znana również pod pseudonimami Była Żona i Blondyna, zniknęła z mojej rzeczywistości, tak bardzo ona nie mogła pogodzić się z faktem, że mogę ułożyć sobie spokojne, jadące po zupełnie innych torach, niż te jej, życie. Ciągłe rzucanie mi kłód pod krzywe nogi, majtanie i mącenie w codzienności, byle nasporzyć mi jak największej ilości problemów najwidoczniej stało się jej hobby, a ja ni cholery nie wiedziałem, jak powinienem wykaraskać się z tego całego bagna. Papiery rozwodowe, całe akcje w sądzie, cała ta beznadziejna zabawa doprowadziła do tego, że zostałem sam jak palec, zepchnięty na niższe pułapy, gdzieś tam do przeciętnego społeczeństwa i musiałem liczyć na to, że mnie nie sprzedadzą, że pewnego dnia do drzwi nie zapuka mi żołnierz, nie przyłoży lufy do skroni i nie odstrzeli na starcie, bo dostał taki, a nie inny rozkaz.
Całe to oburzenie i cały niesmak pozostawiony przez poranną awanturę z Blondyną w roli głównej starałem się jakoś zepchnąć na tyły, gdzieś w zamazane, przymroczone części umysłu poprzez wypalenie calutkiej paczuszki jakichś średniej jakości szlugów na raz. Jeden za drugim, pety leciały, zapalniczka co chwila zostawała wprawiona w ruch, a palce nerwowo szykowały kolejnego papierosa jeszcze zanim porządnie dokończyłem poprzedniego. A to wszystko w jednej, krótkiej przerwie w pracy. Jak dobrze, że kwiaty okrutnie mocno pachną i nie czuć potem ode mnie woni tytoniu, jeszcze dodatkowo się wypryskam litrami perfum, zagryzę jakąś miętówkę znalezioną w otchłani płaszcza i będę mógł wrócić do zaśmierdniętego pomieszczenia z setkami chabazi, które mnie otaczały i przyrzekałem, czasem zaczynały gadać po tych ośmiu godzinach w całkowitym odosobnieniu, no, ze sporadycznymi wizytami pana strażnika, który postanowił sobie zrobić obchód i połamać mi moje wszystkie hiacynty, bo takie miał właśnie widzimisię.
Bąknąłem, jęknąłem, przetarłem twarz, dokładnie podrapałem się zniszczonymi paznokciami i nieco pożółkłymi palcami po brodzie, rozejrzałem po nieszczęsnej ulicy. Jakiś kot przebiegł przez alejkę, jakieś dzieci latały jak nienormalne, kolejny uciekający gówniarz, kolejne krzyki, piski, wrzaski i niby nikomu niewadzące istoty, które w rzeczywistości należały do konspiracji i powiedzmy sobie szczerze, widać to było na kilometr, tylko jakość dzisiejszego wojska coś poleciała na łeb na szyję i nie potrafili się połapać, kto jest kto. Podczas gdy mutanci bez jakichkolwiek problemów przechadzali im się pod nosem, no bo przecież, jak to mawiają, najciemniej jest pod latarnią, prawda?
Wyrzuciłem ostatniego peta, zgniotłem go podeszwą, tuż obok całej reszty poległych, opakowanie też gdzieś tam zrzuciłem, po czym po dokładnym otrzepaniu się, wyciągnięciu gumy mentolowej, wróciłem do swojego zasranego ukochanego miejsca pracy, a jakże by inaczej, cudowna klitka, można jakiejś choroby psychicznej się nabawić po przepracowaniu w niej iluś lat, osiem godzin dziennie, sześć dni w tygodniu. A ludzi jak nie było, tak nie ma, bo kwiaty przestały mieć jakiekolwiek znaczenie, powiedzmy sobie szczerze.
Złapałem się na myśli, co by było, gdyby i za chwilę zganiłem w myślach, bo roztrząsanie przeszłości nigdy nie wychodziło mi na dobre i powinienem w końcu to sobie wbić do tego pustego łba.
Dzwoneczek.
Jakiś gówniarz, pewno jeszcze niepełnoletni, co dało się poznać po jeszcze młodym pyszczku, braku bardziej widocznego zarostu i typowej dla tego wieku postury. Klienteria od ostatnich trzech dni, swoją drogą, jakim cudem założyciel tej kwiaciarni jeszcze nie zbankrutował?
— Dzień dobry — powiedział dość głośno, a wydźwięk jego głosu, tembr i całokszałt tylko upewnił mnie w fakcie, że nie, dwudziestki to on nie sięgał. Odsunąłem kolejny raz krzyżówkę, którą już prawie, prawie skończyłem [wcale nie, dalej z nią walczyłem].
— Dzień dobry, w czym mogę służyć? — odparłem z wymuszonym uśmiechem, cieplejszym tonem i oczywistym spojrzeniem na bukiet czerwonych róż, które zaciskał w palcach chłopak. Dzika fryzurka, łagodne oczęta, spokój, cisza i aura odprężenia, nie ma co. Zanim dobrze doszedł do lady, wyciągnąłem w jego stron dłoń, przyjmując przy tym chabazie, które jakiś czas temu jeszcze zwijałem w celofan. — Tylko tyle, czy coś jeszcze? Do takich kwiatów przydadzą się wazony, a akurat świeżutka dostawa do nas przyjechała — mruczałem, wsuwając w bukiet torebeczkę z odżywką do ciętych roślinek. Oczywiście codzienna, zwykła gadanina, wyuczone linijki tekstu, które musiałem wypowiadać przy każdym kolejnym kliencie, bo a nuż się któryś skusi.
Z pewnością.
Jebać taką politykę, naprawdę.


sobota, 31 marca 2018

Od Stefki CD Usagi

Kolejny dzień na tych starych śmieciach. Zadanie na dziś? Nie wpaść pod ślimaki czołgu, nie podpaść w żaden sposób żołnierzom na patrolu i może zrobić jakieś zakupy, bo lodówka świeciła pustkami, nie licząc tej brązowej butelki z resztką piwa sprzed tygodnia. Cholernie nie chciało mi się go wylewać. Wracając, no, ogólnie rzecz biorąc standardowy pakiecik tej obrzydliwej sielanki, której miałem już naprawdę powyżej uszu.
Zawalone ulice, kitrające się po ciemniejszych uliczkach dzieciaki i te pierdzielone obchody, gdzie nikt nie był właściwie bezpieczny, nawet neutralny cywil. Ba, neutralny cywil był w szczególności zagrożonym gatunkiem, jak nie konspiracja, bo sprzedasz nas wojsku, jak nie wojsko, bo pewnie trzymasz z konspiracją, to inny cywil, bo debilowi się ubzdura, że na pewno, ale to na sto procent jesteś anomalią, bo przecież krzywo ci się z oczu patrzy i chcesz go ciachnąć szybciej, niż zdążyłby powtórzyć imię swojej matuli. Naprawdę, pierdolę taką politykę, w jakim świecie przyszło mi żyć?
Odpaliłem papierosa, zaciągając się i dokładnie obserwując okolice, oczywiście ze względnie głupkowatym wyrazem twarzy, taktyka na skończonego idiotę dobrze sprawdzała się w ostatnim czasie i nie zapowiadało się na to, żeby akurat ta kwestia poddana została jakimkolwiek zmianom. Ani okupanci, ani rebelianci nie mieli ochoty cackać się z podstarzałym, nieco pozbawionym zdrowych zmysłów panem z kwiaciarni, prawda? A nawet jeśli, to sam zadbam o to, żeby w trybie natychmiastowym stracili zainteresowanie moją osobą.
Widok spierdzielającego przed żołnierzami chłopaczka o poranku był jak miód na połamane serducho, wystarczyło podstawić pod tego nutkę z Benny Hilla, patrzeć i zrywać boki, a w rzeczywistości najlepiej się nie przyglądać, bo będziesz następny.
Przy okazji, dla podkręcenia skali komiczności całej sytuacji, musiał wbić się jak taran w jakąś bogu ducha winną kobietę, przewrócić ją i popędzić dalej ile sił w tych chudych nóżkach.
— Powinieneś uważać jak biegasz! — wrzasnęła za nim rozjuszona nastolatka. Rozjuszona nastolatka z uszami, która siedziała na ziemi, idealnie na torze wyznaczonego dla naszych władców osiedla z karabinem zamiast pałki.
Oczywiście jak bardzo bym nie chciał zostać w tej całej sytuacji typowym, szarym Kowalskim, który będzie tylko oglądał cały teatrzyk, tak musiał, jak zawsze zresztą, załączyć mi się tryb Matki Teresy z Katapulty i jak ostatni głąb podreptałem do kobiety, by złapać ją za ramię i zacząć ciągnąć go góry.
— Wstajemy, wstajemy, no, chyba że chcesz, żeby ci nasi strażnicy miejscy uszęta upierdolili przy samym łbie — warknąłem, dalej starając się postawić kobietę na nogach.

piątek, 30 marca 2018

Od Stefki CD Bruno

Hasła w głupkowatym wytężaczu szarych komórek powoli doprowadzały mnie do szału, bo nawet z jako takim doświadczeniem, niektóre z nich potrzebowały wsparcia ze strony internetu, albo encyklopedii. Zwykły śmiertelnik, szczególnie taki kilkanaście lat po zakończeniu edukacji i jakoś nieszczególnie wściubiający nosa w geografię nie miał przecież prawa wiedzieć, jak dawniej nazywał się Tallin, a i nawet najbardziej zapalony fan piłki nożnej za bardzo nie miał pojęcia, jaki klub znajduje się w przeklętym Gelsenkirche. Nawet podpowiedzi na boku strony za dużo mi nie mówiły, a myśl o wpisywaniu czegokolwiek, gdziekolwiek, byle to rozwiązać, nieważne, że niepoprawnie, jakoś średnio mi się widziała w tym wszystkim.

Mruknąłem niezadowolony, stukając długopisem o kartkę i wysilając zwoje mózgowe do niesamowitych wyników, mając nadzieję na jakieś niespodziewane olśnienie. Może jak odpowiem na te beznadziejne pytania, to uaktywni mi się nieodkryta do tej pory moc? Oby nie, zasilanie szeregów rebeliantów, albo łażenie jako potencjalny cel po ulicach miasta naprawdę średnio mi się widziało.
Wydąłem z niezadowoleniem wargi, zerkając na zegarek. Zmęczenie nie przechodziło, ponownie czas, który chyba stanął w miejscu i nie zapowiadało się na to, żeby za chwilę któraś ze wskazówek miała zamiar przesunąć się o, chociażby milimetr. Westchnąłem ciężko, przy okazji przecierając nos, bo długie przebywanie z chabaziami zaczynało dawać o sobie się we znaki. Uaktywniająca się notorycznie alergia zbyt mnie nie pocieszała, ba, doprowadzała do białej gorączki. Mogłem zatrudnić się jako ten walony kelner, to nie, przecież tak świetnie będzie, jak się ulokuję w ten klaustrofobicznej kanciapie, nikt mi przynajmniej spokoju zakłócać nie będzie. Nie licząc siebie samego, notorycznie kichającego i wycierającego czerwony nos.
Było chujowo.
Ale stabilnie, jak to się mawiało.
Ledwo mnie olśniło i zacząłem wpisywać przeklęte „r” w jedną z komórek, gdy nagle dzwoneczek zadzwonił i musiałem zrezygnować z fascynującego zajęcia na rzecz klienta, którym, o losie, okazała się ponownie ta kobieta, która była tu jakiś czas temu.
— Nie mamy rudbekii błyskotliwej — rzuciłem twardo już na wstępie, bo nie chciałem, żeby ktokolwiek przerywał mi tak wiekopomny moment, losie, chyba w końcu uda mi się wypełnić waloną krzyżówkę, a tu na takiego chama ludzie ci wchodzą do twojej rudery świątyni. Blondynka uśmiechnęła się pod nosem. Wyglądała na, no nie powiem, dobre siedemnaście, do dziewiętnastu lat.
Skrzywiłem się, gdy tak właściwie się zorientowałem, jak dawien dawna byłem w jej wieku.
Miodowe oczy zaiskrzyły się niebezpiecznie, mogłem tylko się wyprostować i odsunąć na chwilę panoramę, zerkając niepewnie na potencjalną klientkę.
— Przyszłam tu w innej sprawie — mruczała, po chwili znajdując się tuż przy mojej ladzie i opierając się o nią na wyprostowanych rękach. — Wie pan, czasem przydaje się jakiś ładny element, towarzysz w mieszkaniu, kwiatek będzie akurat. Tylko problem jest taki, że ja kompletnie nie znam się na kwiatach. No tak totalnie. Inne kobiety wiedzą mniej więcej jakie są kwiaty a ja co najwyżej umiem rozpoznać tulipana! No i może krokusa, przebiśniegi, sasanki, chabry i może pewnie jeszcze trochę ale nadal nie widzę różnicy między żonkilem a narcyzem! — nadawała jak katarynka, nie ściągając uśmiechu z ust.
— To już jest coś, nie jest pani taka zielona — odparłem nieco wybity z rytmu. — Więc czego pani szuka?
— Nie wiem czy są takie kwiaty, ale chciałabym czegoś co kojarzy się z takim pazurem i energią. Żeby utożsamiał się ze mną.
— Nie lepiej w takim razie zaadoptować zwierzątko?
— Nie. Chciałabym spróbować w rośliny. To jak? Ma pan coś? — mówiła, nie ściągając szerokiego od ucha do ucha uśmiechu z twarzy. Ba, tylko dodatkowo go poszerzała, kręcąc co jakiś czas głową i ciągle upierając się przy swoim, chociaż w sumie rzeczywiście wolałbym, żeby się wybrała do Kakadu, czy innego zwierzyńca. Dogadałaby się z tamtejszymi nadzbyt energicznymi chomikami. Losie, miej mnie w opiece.
Westchnąłem ciężko i zamknąłem książeczkę, wcześniej wsadzając między kartki długopis, a co by tego nie zgubić, po czym panicznie zacząłem przeglądać wszystkie notatki w głowie, bo cholera jasna, wstyd się przyznać, ale chuja wiedziałem na temat tych wszystkich roślinek. Pachniały i piekły w oczy, tyle z mojego pojęcia o nich.
Przetarłem powoli kark i odwróciłem się w stronę półek zawieszonych na ścianie obok, dokładnie przyglądając się każdej roślince, również i tym, które spokojnie spoczywały na podłodze i cieszyły się trochę mniejszymi przerwami między kolejnymi chabaziami.
Podszedłem do pierwszego lepszego storczyka, łącząc w głowie fakty i starając się przy okazji nie palnąć jakiejś głupoty, niedoczekanie. Mruknąłem cicho, ciągle kątem oka zerkając na kobietę, mogłem pójść o głowę, że stała po którejś stronie muru, na której ja, razem z resztą cywili siedzieliśmy i wymachiwaliśmy beznamiętnie nóżkami, licząc na jakiś cud, albo coś w ten deseń. Byle coś nas wybawiło i ukradło spomiędzy tego młotu, a kowadła, bo ostatnimi mało co malowało się w jakichś ciekawszych barwach.
— To znaczy, zaraz, pazur i energia — rzuciłem, ni to do kobiety, ni to do siebie, ni to w eter, cholera wie tak właściwie do kogo, najprawdopodobniej dla samotnej różyczki, bo nie załapała się a bukiecik. Serio, dziewczynie bardziej przydałby się nadpobudliwy gryzoń, albo kot, cokolwiek, nie chabaź. Prychnąłem cicho pod nosem, rozglądając się uważniej po sklepiku. — Dobra, to jaśminy, miłe, ładne, przyjemny, intensywny zapach, tam stoi taki ładny, bielusieńki. Słoneczka trochę, do ogarnięcia i ładnie wyglądają, szczególnie jak dziko zakwitną, wie pani, o co chodzi. Na drugiej półce od lewej eucharisy, lilie amazońskie, jak zwał, tak zwał, duże kwiatuszki, duże liście, żyć nie umierać. Tamten pnący się bluszcz—niebluszcz, to hoja, pachną bardzo intensywnie, trochę drogie, ale osobiście uważam, że są warte swojej ceny. No, a jak bardzo by pani chciała czegoś dzikiego, z pazurkiem, to chyba najbardziej bym pani polecił muchołówkę, oklepane i znane, no ale jakie egzotyczne i ciekawe — mruczałem monotonnie, jednym tonem, jednym rytmem, przerzucając wzrok na kolejne roślinki, razem z paluszkiem, a na sam koniec wlepiając spojrzenie w kobietę. — Tyle mam do zaoferowania i tak dość szeroki asortyment, jak na te czasy — zaśmiałem się cicho, kiwając delikatnie głową.

Od Stefki

Papieros, kawa zaparzona już jakiś trzeci raz, migreny, bo znowu spałem zdecydowanie zbyt krótko i zdecydowanie niewygodnie, no i oczywiście przeżarta już na wpół, czerstwa buła z jakimiś orzechami z mieszanki studenckiej. Żyć nie umierać.
Mogłem tylko ponownie zacząć się zastanawiać nad tym, gdzie do cholery jasnej popełniłem błąd w tej marnej egzystencji i dlaczego moje wszelakie marzenia i ambicje zostały strącone gdzieś w ciemne otchłanie, skąd wyjścia nie było i trzeba się po prostu przyzwyczaić do myśli, że więcej się już na tym świecie nie wyrzeźbi. Zostaje tylko przysiąść na tyłku w tym nieszczęsnym grajdole, który się ukopało w ciągu tych prawie czterdziestu lat i zastanowić się poważnie nad tym, czy jest jeszcze w ogóle sens ciągnąć to dalej i męczyć się w przesiąkniętym złem do szpiku kości świecie, gdzie tak właściwie i tak żadna minuta nie jest czymś cennym, a raczej pełnym udręki i nadziei, że może jednak tego dnia cię odstrzelą, bo krzywo łypniesz wzrokiem na żołnierza.

Obróciłem kubek z kawą, tą obrzydliwą, czarną kawą, zaparzoną jakąś beznadziejną, kranówą, bez cukru, bez mleka, bez jakiejkolwiek osłody życia. Przekląłem pod nosem, bo znowu resztki poważniejszych oszczędności wydałem na fajki, bo znowu nie starczy mi do pierwszego i bo znowu miałem ochotę rzucić to wszystko gdzieś hen, hen daleko i udawać, że nic z tych rzeczy nie miało miejsca. Dalej trudno było mi uwierzyć w fakt, że mimo tylu lat spędzonych na tułaniu się przez upierdliwy żywot, nie byłem w stanie opanować podstaw zarządzania majątkiem i jak ostatni tłumok przewalałem wszystko na papierosy. Przynajmniej dobre, a nie jakieś tanie, ruskie, jeszcze tak bardzo się nie stoczyłem.
Przetarłem ociężale twarz, uznając, że w sumie to nie ma co się dalej użalać nad tym, gdzie się znalazłem i jak się znalazłem i tak zżerało mi to zbyt dużo czasu, bo powiedzmy sobie szczerze, był to chyba ulubiony sposób spędzania wieczorów. Tylko ja, papieros, piwo i tysiące myśli na sekundę, agresywnie obijających się o ściany umysłu.

Przetarłem nerwowo policzek, zahaczając przy okazji brodę, bo naprawdę starałem się obudzić. Było już grubo po trzynastej, a ja dalej ledwo zipałem, nie mogąc do końca się rozbudzić. Stałem tak chybotliwie za ladą, co chwila przysypiając i tylko licząc na to, żeby skończyć ten dzień bez rozwalonej głowy, zaraz po tym, jak polecę do tyłu i postanowię przy okazji łupnąć potylicą o jedną z półek, na której dopiero co poustawiałem jakieś nowe doniczki.
Oglądanie błądzących tymi wąskimi uliczkami żołnierzy nie było moim ulubionym zajęciem, jednak poza tym nie miałem zbyt dużo atrakcji. Ludzie zaniechali drobne gesty i obdarowywanie innych kwiatami, chociaż przecież tak miło osłodziłoby to obecnie trwający zamęt i dość grząską atmosferkę.
Wyciągnąłem na blat przeklętą, niedokończoną krzyżówkę, z którą zmagałem się na tyle długo, by mieć już ją po dziurki w nosie i poczucie, że najchętniej to cisnąłbym nią o ścianę, aniżeli dalej ślęczał nad nią z dość tępym wyrazem twarzy.
Dzwoneczek.
Postać powoli wtargnęła do sklepu, byle zacząć się pozornie rozglądać po roślinach, udawać, że któraś ją interesuje, a mi już w kościach strzykało, że dobrze się to wszystko nie skończy, co to, to nie.
Podejście do lady w dość leniwym tempie tylko utwierdziło mnie w moim przekonaniu, a słowa, które za chwilę padły, przybiły ostatni gwóźdź do trumny. Po co ja dzisiaj tutaj przychodziłem, niech mi ktoś wytłumaczy, bo nie rozumiem?
— Znajdę u pana rudbekię błyskotliwą? — spytała w pewnym momencie, uważnie mnie obserwując. Zmarszczyłem brwi. Udawaj, że nie jesteś drugim członem nazwy, udawaj, że nie jesteś drugim członem nazwy.
— Niestety, nie sprzedajemy takowych okazów — odparłem spokojnie, posyłając personie firmowy uśmieszek numer dwadzieścia trzy. — Mogę pomóc w czymś innym albo zaproponować inną roślinę?
— Ale jest pan pewien, że nie sprzedają państwo rudbekii błyskotliwej? — W odpowiedzi jedynie pokiwałem głową.
Bez słowa wyparowała ze sklepu, a ja przekląłem w środeczku, bo dam sobie kończynę uciąć, że dywersja, albo władza znowu coś kombinuje, a ja zostałem biednym, niby nieświadomym pośrednikiem. Losie, za jakie grzechy.
Spojrzałem niechętnie na krzyżówkę i przekląłem pod nosem, bo nigdy nie pisałem się na tego typu głupoty.

<Ktoś, coś? Zapraszamy, zapraszamy.>

czwartek, 29 marca 2018