M

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kordian&Fajka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kordian&Fajka. Pokaż wszystkie posty

sobota, 5 maja 2018

Od Kordiana CD Fajki

Młody romantyk długie chwile spędził na dachu kamienicy. Wiosenny wiatr, nocne powietrze przesycone spokojem miasta i oddechem ludzkiego snu, a także wspaniały aromat kwitnącego bzu i lipy koiły rozdwojony umysł chłopca, który mimo usilnych prób nie mógł nic poukładać sobie w głowie. Wydarzenia minionych godzin nie były dla niego czymś normalnym, nawet w stanie wojny. Mimo to był świadomy, że prędzej czy później taka chwila nastąpi, że będzie musiał pokazać, kto w tej wojnie jest królem i zwycięzcą. Niestety młode, powabne na pokusy ciało wcale nie pomagało, bo oprócz radzenia sobie z problemami trzeba było za coś żyć, a ostatnio nawet młody pan do towarzystwa miewał z tym problemy.
Po drugim wypalonym papierosie powiedział sobie dość. Odłożył paczkę do kieszeni i już do niej tego wieczora nie sięgnął. Otaczający go zewsząd mrok, widok oświetlonych ulic i koncert nocnych stworzeń nie większych od chomika usypiały go. Był zmęczony. Używanie alchemii wcale nie było proste. Dla profesjonalisty nie było tak męczące, jak dla amatora, którym Olgierd był mimo swojej ogromnej wiedzy i poświęconego na naukę czasu. Odczuwał w sercu dziwną satysfakcję wraz z ukojeniem, które nadeszło po stosunkowo długim czasie. Również natłok myśli w pewnym momencie się skończył, a jego miejsce zastąpiła potrzeba odpoczynku. Ciemnowłosy ostrożnie wstał. Zachwiał się powabnie jak to miał w zwyczaju i skierował swoje kroki do drzwi, za którymi były schody prowadzące na niższe piętra i do mieszkań. Wraz z przyciśnięciem klamki brunet stał się kocią bestią. Sąsiedzi nie mogli usłyszeć ani pomruku. Kto wie gdzie czai się zdrajca... choć ta kwestia od drugiej wojny światowej się nie zmieniła - kabel zaliczał niezły łomot, żeby nie powiedzieć " śmiertelny " od ruchu oporu. Strzeżonego Pan Bóg strzeże.
Kiedy delikatnie i bez szelestu otworzył zamek drzwi swojego domu, wpełzł do niego niczym jadowity wąż, zamknął się na cztery spusty i po ciemku przeszedł do swojego łóżka. Ściągnął z siebie ubranie, rzucił je gdzieś w kąt i z gracją drapieżnika zajął swoje legowisko. Szczelnie otulił się kołdrą, wyłączył tryb myślenia wierszem i zasnął niemal od razu. Kompletnie nie rozejrzał się po miejscu swojego pobytu. Być może to lepiej... mogłoby to zupełnie pozbawić go snu tej nocy.

Poranek zaczął się dla niego później niż zwykle. Piękna nocna pogoda zazwyczaj jest zapowiedzą słonecznego poranka. Ten dzień jednak okazał się swego rodzaju anomalią, gdyż od samego rana padał rzęsisty deszcz. Niebo zabarwione na szary, nieprzyjemny kolor bez ani jednej szparki, przez którą mogłoby przeniknąć słońce spowodowało, że chłopak obudził się później niż zazwyczaj. Na swoje szczęście tego dnia pracę miał zaplanowaną na godziny wieczorne, więc mógł pozwolić sobie na małe leniuchowanie, jednak nawet to nie poprawiło mu humoru. Czuł się niewyspany, zmęczony i w ogóle nijaki, jak to bywa podczas takiej pogody. Mimo swej romantycznej duszy, bardzo lubił słońce i ładną pogodę. Witamina D pomagała mu w walce z depresją i obniżeniem nastroju. Wstał z łóżka bardzo niechętnie. Chwiał się dziwnie, jakby miał zaraz zasłabnąć albo zwymiotować. Narzucił na siebie ciepły szlafrok i poczłapał w stronę maleńkiej kuchni, gdzie w czajniku nastawił wodę na herbatę. Ziołową. Tylko taką pił, a nie to czarne gówno nazywane potocznie herbatą, choć i o taką było ciężko. Dla chłopaka jednak nie było rzeczy niemożliwych. Z nostalgią patrzył za okno, gdy woda zaczynała powoli swój proces wrzenia. Wszędzie mokro i wilgotno. Wszyscy ludzie w pośpiechu uciekają przed wodą, jakby miała ich zaraz rozpuścić. Niektórzy wydają się być bardziej wściekli niż zwykle. Kolejka po chleb pozostała jednak taka sama. I ten zapach powietrza podczas deszczu. To chłopcu się podobało, dlatego otworzył okno by zaczerpnąć choć trochę tego magicznego aromatu świeżości. Świeżości powietrza. Woda się zagotowała. Olgierd przygotował na stole miód i cytryne. Były to towary dosyć luksusowe, szczególnie miód toteż nie wyjadał ich tak bez powodu. Na brzydką pogodę lubiał się wzmocnić witaminami, gdyż leki były jeszcze cięższe do zdobycia niż słoik miodu i jedna mała cytrynka. Żółty owoc obrał dosyć mozolnie czekając, aż woda nieco ostygnie, by móc nią zalać ziółka i nie odebrać im ich zdrowotnych właściwości. Kiedy dopełnił całego rytuału, zalał kubek i przykrył go talerzykiem. Czekał. Czekał przy stole patrząc tępo w okno. Jego tępota była wielka do tego stopnia, że nie zdołał zauważyć wiszącej na lodówce kartki, którą przy normalnym funkcjonowaniu spostrzegłby wraz z podniesieniem się z łóżka. Myślał nad swoimi wadami; nad tym, co chciałby zmienić, a także wymyślał scenariusze, które nigdy nie musiały się spełnić. I tak do wniosków doszedł takich samych jak zawsze - że jest zdecydowanie ZA słaby, ZA głupi, ZA leniwy, ZA tchórzliwy, ZA brzydki, ZA gruby, ZA, ZA, ZA! Te dwie litery w połączeniu z masą negatywów, którymi idnetyfikował się brunet była cała lista. Ponad połowa z nich nigdy nie miała prawa być zgodną z prawdą. Kto słaby fizycznie mógłby nieść dwoje sierot uciekających przed milicją? Kto słaby psychicznie byłby w stanie żyć w centrum wojny? Kto głupi byłby w stanie pochłaniać książki jak landrynki? Kto leniwy byłby w stanie wstawać zimą o szóstej rano, żeby zrobić bogaty zapas chleba? Kto tchórzliwy odważyłby się, by zadbać również o bezpieczeństwo innych ludzi? Kto brzydki miałby jakichkolwiek klientów w jego branży? Nie wspominając już o otyłości, ale tych faktów nie dało się tak prosto wytłumaczyć młodzieńcowi. Być może romantycy w swej naturze mają również słabe poczucie własnej wartości...
Minęło koło 10 minut, kiedy chłopak pokwapił się na dokończenie herbatkowej rutyny. Kiedy już kubek z gorącym napojem znalazł się na stole chłopak zauważył, że brakuje na tym stole czegoś - śniadania. I dopiero wtedy na jego drodze pojawiła się lodówka. I dopiero wtedy zauważył wiszącą dumnie kartkę wielkości A4 przymocowaną magnesem z danonków do elektrycznej zimnicy zapoisaną zupełnie nie podobnym do jego pismem. Kiedy ten fakt do niego dotarł, z przestrachu odskoczył od lodówki, jakby miała go zaraz zaatakować. Mieszkał sam. Mieszkanie zawsze dobrze zamykał łącznie z oknami, a nagle zauważa list skierowany do niego. Ktoś był w jego mieszkaniu. I to nie było nic z czym Olgierd mógł czuć się dobrze. Być może ta osoba ma klucz do jego mieszkania, być może udało jej się założyć podsłuch, być może go obserwuje. I to nie było śmieszne. To było przerażająca, bo przecież jeszcze poprzedniego dnia pomagał grupie ludzi w ucieczce z łapanki. Cholera wie, czy ktoś go nie podkablował. Podał opis wyglądu i to wystarczyło, by go odnaleźć, pojmać, wywieźć i w najlepszym wypadku oddać do więzienia dla wieźniów politycznych. Nie miał jednak innego wyboru jak ów wypracowanie przeczytać. Wziął więc w swoje drżace dłonie ten świstek, usiadł przy stole i zaczął czytać jego treść.
Olgierdzie
Pozwolę sobie pominąć zbędny wstęp opisujący orgaqanizację Ruchu Oporu w Warszawię, bo myślę, że jesteś na tyle inteligentny, oczytany i znający obecną sytuacją świata, że nie muszę tłumaczyć jak małemu dziecku co to jest. Nie będę też ukrywać, że wiemy o Tobie bardzo dużo. Spokojnie, nie zagłębialiśmy się w kolor Twoich majtek ani w imiona pluszaków, z którymi raczysz spędzać noce. Wiemy tylko to, co jest niezbędne do tego, aby uświadomić Ci i przekonać Cię do dołączenia do nas. Jesteś Obdarzony i sam dobrze o tym wiesz. Powinieneś walczyć po stronie swoich. Marnujesz swoje umiejętności zabawiając dzieci w parku i dorabiając sobie jako " złota rączka " . Wszystko naprawiasz mocą, która nie figuruje jako anomalia, a jednak jest niezwykle imponująca i przydatna. Twoja moc i umiejętności są w stanie zmienić losy wojny, a nawet ją zakończyć. Oczywiście nie sam, bo są inni niezwykle hojnie Obdarzeni, jednak z Tobą przy Nas nasze szanse rosną o wiele więcej procent niż ze zwykłą osobą z Anomalią.
Nie myśl sobie jednak, że jesteś idealny. Widać, że stać Cię na o wiele więcej, ale z Twoim położeniem rozwój nie ma sensu, bo żyjesz w zwykłym społeczeństwie. Nie musisz się już ze wszystkim ukrywać. Widać, że zależy Ci na zakończeniu wojny, na końcu cierpienia ludzi, z którymi żyjesz i dla których pracujesz. Wiemy, że już chciałeś wstąpić do Ruchu, ale się rozmyśliłeś z nieznanych nam przyczyn. Tym razem masz nawet notę o nas. Zapraszamy Cię do siebie. U nas masz możliwość walki o dobro ludzi, a przy tym nie musisz rezygnować z obecnej formy pomocy, jaką wykonujesz dla mieszkańców naszego miasta. Pomożemy zapewnić Ci byt i rozwój swoich umiejętności. Zapewne będziesz chciał poznać szczegóły, o których nie ma sensu się tu rozpisywać.Możemy się spotkać jutro w pubie przy ul. Wawrzyńca 37 o godzinie 16:00.
Oddział Rekrutacyjny
Fajka
P.S - Nie, nie masz żadnej gwarancji, że to nie podstęp, ale i tak z ciekawości przyjdziesz, bo mały oddział nie jest w stanie Cię nawet drasnąć.
Olgierdowi kamień spadł z serca... po części. Miał do wyboru dwie opcje - dobrą i złą. Dobra była taka, że to rzeczywiście mógł być Ruch Oporu, bo przecież nie rozwieszają po mieście ogłoszeń o chęci przyjęcia nowych Obdarzonych, lecz zła była taka, że w istocie mógł być to podstęp. Czy chciał dołączyć do Ruchu? Oczywiście! Od dawna, ale... nigdy nie znalazł na tyle odwagi, aby zacząć ich poszukiwać. Być może to oni znaleźli go pierwszego...
Brunet odłożył kartkę na stół i upił pierwszy łyk herbaty.
- Spokojnie - powiedział do siebie - Trzeba myśleć racjonalnie - i miał już pewien plan. Chłopak był człowiekiem, który lubił dmuchać na zimne w każdej sytuacji, czyli musiał mieć co najmniej dwa plany awaryjne, żeby podjąć się jakiegoś bardziej skomplikowanego zadania. Wolał przyjąć gorszy scenariusz. Płacz, strach i zgrzytanie zębów nie były mu w stanie pomóc, więc uspokoił swoje emocje i chęć poddania się. Tego wieczoru miał jeszcze czas, aby znaleźć dla siebie nowe lokum na najbliższy czas. Być może wojsko właśnie teraz go obserwuje przy pomocy zainstalowanych kamer. Nie było więc mowy o tym, żeby tylko zmienić mieszkanie, należało się na jakiś czas skryć pod ziemią jak szczur. I to Olgierd postanowił - spakować swoje rzeczy i wszystkie wynieść do piwnicy, gdzie udałoby mu się zrobić podziemny tunel, w którym w razie niebezpieczeństwa mógłby się ukryć. Nie miał poczucia obserwowania, ale przeczucia ludzkie często mylą ich właścicieli, więc alchemik bez pośpiechu zabrał się za pakowanie najpotrzebniejszych rzeczy. Wizja opuszczania swojej kamieniczki nie była niczym miłym, lecz ponad wszystko brunet cenił swoje życie. Wieczorem wraz z wyjściem do pracy chłopak miał tej nocy nie wrócić do swojego domu.
Do wieczora zajmował się papierkową robotą, by w razie kłopotów mieć w miarę pozamykane sprawy. Rozliczył wszystkie pieniądze i na jaki nocleg go stać. Nie bał się aż tak bardzo jak na początku. Zaufał swoim umiejętnościom i mocy, która była w stanie powalić całą armię w konwulsjach z powodud bólu uszu, jednak dobra organizacja, której nie brakowało armii mogła skutecznie się go pozbyć na przykład poprzez snajperów. Kiedy zbliżała się już 18:00 chłopak zaczął zbierać się do pracy. Ubrał się w większym pośpiechu niż zwykle, bo nie oszukujmy się, chciał jak najszybciej opuścić mieszkanie i znaleźć się gdzieś, gdzie ma większe pole do popisu. Zabrał walizkę i wyszedł zamykajac drzwi, choć przypomniał sobie, że to i tak nie uchroni jego małego królestwa od najazdu wrogich wojsk. Było to jednak mało istotne, ponieważ zabrał wszystko, co miało znaczenie. Tego wieczoru miał spędzić wieczór ze swoją klientką Sashą - z pochodzenia Rosjanką ukaraną za współpracę z wojskiem poprzez obcięcie włosów i oblanie twarzy kwasem. Nieprzyjemny widok i to była jedna z niewielu rzeczy jakie nie podobały się Olgierdowi w działaniu Ruchu Oporu. Był w stanie zaakceptować obcięcie włosów, bo wstyd i poczucie winy są, a włosy z czasem odrosną, jednak twarz po kwasie nigdy się nie zregeneruje. Tym bardziej, że Rosjanka dużo przez ten kwas straciła, bo była piękną kobietą, co było widać po tej połowie twarzy, która nie została zniszczona. Olgierd jednak znał ją już bardzo dobrze i jej charakter, więc nie zwracał już uwagi na wygląd. Żałował tylko, że żaden mężczyzna nie chce dać kobiecie szansy, bo mógłby zupełnie przypadkiem zdobyć tylko dla siebie ogromny skarb. Oczywiście kobieta widząc walizkę od razu zapytała o powód, jednak Olgierd jak to on nie pisnął ani słówka o swoim problemie. Wszystko zamiótł pod wymówkę zalania mieszkania i niechybnego remontu. Noc u kobiety odpadała, bo wiadomo, że mogłoby się to źle skończyć, lepiej nie kusić chętnej kobiety. Po czterech godzinach dosyć męczącej pracy chłopak postanowił spędzić noc w hotelu niedaleko. Nawet się nie rozpakowywał tylko od razu położył spać. Miała to być jedna z tych nocy, w których kilkakrotne pobudki z powodu obaw i koszmarów były czymś zwykłym.

< Fajka? >

[NASTĘPNA CZĘŚĆ]

środa, 4 kwietnia 2018

Od Fajki CD Kordiana

Miała jedno zadanie. Ostrzec go i obserwować. A przynajmniej to w wielkim skrócie pisało na kartce, która była teraz ściskana w kieszeni czarnej jak węgiel kurtki. Zastanawiała się co zrobi chłopak. Czy ucieknie sam? A może wybiegnie z kilkoma osobami? Wyglądał na biednego, łagodnego chłopaczka poturbowanego przez życie. Z jakiegoś powodu lubiła wymyślać backstory dla randomowych ludzi spotkanych za dnia. Kto wie, może ten młody mutant tylko na takiego wygląda, ale skrywa w sobie nieodkryty talent kulinarny? Może dziwka stojąca pod latarnią nieopodal tak naprawdę jest najlepszą ciocią na świecie? Może jakiś mężczyzna z dobrodusznym wyrazem twarzy, który przeszedł szybkim krokiem ma jakiś mroczny sekret ale chowa go przed żoną? A może w końcu jeden z tych niemców, którzy robili rekonesans lokalu, miał dwójkę dzieci, chłopca i dziewczynkę. Każdego wieczora czytał im niemieckie bajki i śmiał się gdy jadły chleb z cukrem a w pracy, jak gdyby nigdy nic, zajmował się katowaniem mutantów.

Oparła się o zimną ścianę budynku na przeciwko domu uciech. Przechyliła lekko swoje biodra i odpaliła papieros z paczki skradzionej dla przypadkowej kobiety, bardzo cieńki. Nigdy nie przykuwała uwagi do tego jakiej jakości jest papieros. Nie lubiła palić i zdecydowanie nie lubiła zapachu tytoniu, bo dla niej to był po prostu dym. Ale jakoś musiała się regenerować a palenie było najszybszym i najprostszym sposobem. Po za tym musiała czekać. Niemcom nie spieszyło się na atak na agencję towarzyską a Olgierdowi na wyjście. Czyżby nie zamierzał ratować nikogo? Wypuściła obłok dymu. Nie potrzebowali samobójcy w oddziale. Obserwowała jak sytuacja się rozwija i nie musiała czekać długo gdy zobaczyła poruszenie na dachu. Uniosła brew i wyszeptała ciche aczkolwiek zimne:
- Ciekawe...- Zaciągnęła się unosząc brew. Czyżby chciał ratować wszystkich? Dosyć naiwny pomysł, ale chciała to zobaczyć.
Gdy na miejscu zjawił się oddział SS, ona już dopaliła papieros i przydeptała peta. Co prawda żołnierze otoczyli budynek ale mieli problem z wejściem. Skupieni na próbie wtargnięcia nawet nie zauważyli poruszenia na dachu. Przewróciła oczami. Musiała pomóc temu małemu, choć niezwykle urokliwemu idiocie. Ale co mógł wiedzieć będąc tak młody? Z pewnością będzie musiał nauczyć się tego, że nie zawsze uratuje wszystkich...
W kilka chwil zmieniła się w słup dymu, co dla postronmego widza wyglądałoby raczej jak spontaniczne samospalenie. Ubrania opadły na ziemię a ona niezauważalnie rozpłynęła się. Na szybko przemyślała kilka opcji. Wiele z nich kończyło się kulką między oczami albo rozproszeniem niemców. Szczególnie druga opcja podnosiła ryzyko tego, że zauważą uciekinierów na dachu więc sunęła przy ziemi aż za linię wroga. Niemcy z trudem przebijali się przez warstwę betonu, która zablokowała to, co kiedyś było wejściem. Teraz, między śladami po ryciu, tkwiły niewielkie ładunki wybuchowe. Wybornie. Musiała działać szybko ale nie odpuściłaby efektownego wejścia. Wybuch nie był duży ale wystarczający by wzbić chmurę pyłu. Wtedy krzyknęła z owej chmury
- Herr General!- Musiała jakoś odwrócić uwagę od chłopaka. A jak najlepiej odwrócić uwagę? Zwrócić ją na coś innego. Niech myślą że mutant jest tu, nie na dachu. Dlatego tylko przyjęła dymny, kobiecy kształt. To wymagało wprawy aby nie rozpłynąć się kilka sekund potem i jednocześnie nie zmaterializować się. Spanikowany szeregowy od razu krzyknął twarde, niemieckie:
- Mutant!- A sekundę później dał się słyszeć rozkaz:
- Totschlagen! Feuer!- Powietrze natychmiast przeciął grad pocisków, a wszystkie w jej kierunku. Przez chwilę poczuła się jak sitko. To zabawne uczucie być przebitym przez powietrze. Czuła jak atakującym mrozi krew w żyłach, gdy dymna postać dalej stała nienaruszona. Nawet nie zauważyli tego, że zostali przez nią otoczeni. Przyciągnęła do siebie każdą cząstkę dymu z okolicy i zajęła się fazą B swojego okrutnego planu, a mianowicie gazowaniem. Dopadała po kolei żołnierzy i zaciskając swoje smukłe palce na ich rozgrzanych szyjach z niepochamowaną satysfakcją wpychała do ich gardeł litry dymu, spalin, zanieczyszczeń i czego to jeszcze nie było w zanieczyszczonym powietrzu Warszawy. Oczywiście musiała robić to w odpowiedniej kolejności aby żaden nie wpadł na głupi pomysł w postaci ucieczki. Była już wprawiona o wiele bardziej w porównaniu do jej pierwszego morderstwa. Wtedy była tylko zagubioną nastolatką i broniła się przed gwałtem a dziś była już kimś innym. Była kobietą z wydartą częścią uczuć, która obrzucając pogardliwym wzrokiem swoje łzawiące od gryzącego, gęstego dymu ofiary. Oglądała jak próbowały usilnie złapać choć drobinkę tlenu. Już nie myślała o tym, że być może niektórzy z nich mają rodziny. Wyzbyła się wyrzutów sumienia już dawno temu. Delektowała się za to widząc jak niemiecka świnia dławi się i miota, w żałosnych próbach ratowania się. Kolejno padali bezwładnie na ziemię jak kukiełki po skończonym przedstawieniu. Ostatni duszący się niemcy jeszcze próbowali się ratować ale ostatecznie większość skończyła jako blade, drgające jeszcze niekiedy truchła z szeroko otwartymi oczami i ustami, jak ryby pozbawione wody. Uniosła jedynie kącik ust gdy pomyślała ironicznie o zagazowanych niemcach. Wiedziała, że to raczej nieliczna cześć oddziału i zaraz będzie ich więcej ale cel był już daleko więc nie poświęcała im już więcej czasu. Spojrzała jeszcze na dach. Zdaje się, że chłopak uciekł, ale wiedziała, że to nie koniec zadań tego dnia. Miała tylko nadzieję, że nikt nie zauważył ucieczki ludzi z klubu po czym rozwiała się. Dym odsłonił sine trupy co od razu zostało zauważone przez pierwszego przechodzącego przechodnia. Usłyszała nawet jakiś damski krzyk ale ona była tylko lekko poirytowana tym, że znowu musi znaleźć swoje ubranie i że znowu pachnie spalinami
***
Powoli wkradła się do swojego lokum. Zamieszkała na poddaszu jakiegoś domu tuż przy Wiśle. Niżej mieszkała jakaś staruszka i zdaje się nie miała nic przeciwko. Czasem Zoe nawet zastanawiała się, czy w ogóle pamięta o tym, że ktoś u niej mieszka. Poddasze było całkiem obszerne i przytulne. Miało też podstawowe sprzęty takie jak kuchenka czy lodówka, jednak ona od razu pacnęła na swój ukochany materac, poduszkę i kocyk. Marzyła o masakryczne gorącej kąpieli i długiej, conajmniej półrocznej drzemce, na którą nie mogła sobie pozwolić. Każda przemiana kosztowała ją energię więc wymęczona spojrzała tylko na biedne roślinki, stojące przy oknie, które ktoś kiedyś wyrzucił a ona o nie pieczołowicie dbała by znów były piękne. Miała bardzo silny instynkt opiekuńczy i niekiedy zdażało jej się uratować coś co ewidentnie było martwe. Przynajmniej im mogła pomóc w kraju pochłoniętym wojną. Podobnie czuła się gdy zostawiła kartkę dla Olgierda w jego mieszkaniu. Zgodnie ze wskazówkami chciała go przedstawić dla Ruchu Oporu a na kartce było miejsce ponownego spotkania. Miała nadzieję, że nie zrobiła złego pierwszego wrażenia, bo chłopaczek wyglądał na conajmniej przestraszonego gdy go zostawiła. Wyobrażała sobie, że też jest takim biednym uszkodzonym i niechcianym kwiatkiem o którego ktoś musiał zadbać... ale może skoro pomógł tylu ludziom, będzie chciał pomagać znowu. Westchnęła cicho tuląc swój kocyk. Natłok myśli to ostatnia rzecz jakiej dzisiaj potrzebowała. Zamknęła więc oczy wsłuchując się w pierwsze krople deszczu, dudniące o dach by na chwilkę zapomnieć o życiu.

<Kordian? Teraz już wiesz czym Fajka była zajęta c: >

sobota, 31 marca 2018

Od Kordiana do Fajki

Czwartkowy wieczór. Dzień jak co dzień można powiedzieć. Olgierd pod swoim prawdziwym imieniem i nazwiskiem pracuje. A jak pracuje? Oczywiście jako mężczyzna do towarzystwa dla nieszczęśliwych dam, których mężowie albo przymusowo zostali wcieleni do wojska, zostali przesiedleni lub nawet uwięzieni z nikomu nie znanych powodów. Czy chłopaka to obchodziło? Zawsze. Choć nie okazywał tego za bardzo. Myśląc o tym, że nie wiele by brakowało, a stałby się jednym z nich, ciarki przechodziły po całym jego chuderlawym ciele. Zaraz do głowy wbijały się rymy, poematy, ballady, które mógłby napisać o cierpieniu wybitnych mężów, ojców i braci. Nie krył się z nimi. Wygłaszał je na głos zdobywając zbolałe serca swoich klientek, które jeszcze bardziej wtulały się w niego i płakały po ogromnych stratach. To lubił w tej pracy i może… w tej wojnie? Ludzie szukali nie tyle przygód erotycznych, co po prostu zrozumienia, rozmowy, troski, bliskości i możliwości wygadania swoich problemów bez strachu, że i one zostaną aresztowane. Oggi nie był jednym z tych, którym zależało tylko na pieniądzach. W rzeczywistości zawierał ogromne przyjaźnie ze swoimi klientami i klientkami. Zdarzało się nader często, że nie brał opłaty albo przekazywał ją na podziemny Kościół. Nie były to łatwe decyzje. Wybrać pomiędzy sytym obiadem, a dziesięcioma obiadami dla biednych i poszkodowanych. Jednak brunet zawsze wybierał cudze dobro.
Tego dnia lokal był wyjątkowo zadymiony. Mogłoby się wydawać, że gości otaczała magiczna mgła, które spowalniała biegnący z zawrotną szybkością czas. W tle grała wolna muzyka do wolnego, intymnego i subtelnego tańca. Niektórzy bujali się w jej rytm na parkiecie jakby otumanieni magiczną mgłą. Olgierd siedział wygodnie oparty na skórzanej kanapie. Po jego prawej stronie leżała jego klientka wtulona w silniejsze niż komukolwiek mogłoby się wydawać ramię poety. Chłopak ze zmęczeniem obserwował towarzystwo i sam zaczął źle się czuć. Nadmiar dymu zdecydowanie mu nie służył. Westchnął przeciągle i wziął kolejny łyk soku. Barbara, bo tak miała na imię jedna z jego stałych klientek, spała wtulona w jego ciało, ale to nie był miły syn. Co chwila marszczyła oczy i stękała, co było znakiem, że obrazy, które widzi przed oczami nie są dla niej miłe.
- Sny to wiadomości od Boga – powiedział do siebie szeptem – Nie należy ich przerywać – dodał po czym ponownie zamilkł na dłuższą chwilę. Patrzył tępo przed siebie pozwalając sobie na małą retrospekcję, w której przypominał sobie pewne nostalgiczne momenty z życia. Lekko i powoli sięgnął do kieszeni swojej marynarki i wyciągnął z niej paczuszkę eleganckich niemieckich papierosów. Wyjął z opakowania jednego i włożył do ust. Paczkę odłożył na miejsce, by nie kusić losu zgubieniem wcale nie tanich szlugów w barze pełnym sępów. Z wewnętrznej kieszeni kamizelki wyciągnął zippera, którego nabył za niewielkie pieniądze na podziemnym pchlim targu, gdzie ludzie sprzedając pamiątki rodzinne i towary zagraniczne próbowali się utrzymać w czasach wojny. Odemknął i zapalił papierosa od mocnego płomienia. Kiedy miał już wolną rękę, powoli i z nostalgią zaciągał się kolejnymi dawkami dymu. Jakby wokół niego było nie dosyć dziwnej mglisto-dymnej poświaty, wypuszczał kolejne ilości dymu z ust. Myślał. Myślał o tym, jak bardzo grzeszne ma życie. Jak bardzo odwraca się od Boga i mimo, że spowiada się regularnie co tydzień, nadal popełnia te same grzechy, nie próbując się nawet poprawić. Ale jak inaczej mógłby zarobić na życie? Nie mógł, ale mógł żyć pobożnie w bocznych uliczkach jedząc resztki z okolicznych knajp. Przecież dla Boga trzeba poświęcić wszystko, bo po śmierci człowiek dostaje nagrodę za ciężkie życie na ziemi. Zresztą… czym jest teraźniejszość wobec wieczności? Niczem. Prochem. Człowiek za wszelką cenę powinien dążyć do Boga, nie do wygody życia…
I gdyby nie to zamyślenie to zapewne od razu zauważyłby, że dym zaczyna się poruszać w różnych kierunkach jednak do jednego celu – do jego osoby. Z letargu został wybity dopiero wtedy, kiedy centralnie przed jego twarzą zaczęła się formować postać przypominająca człowieka. Jego wyraz twarzy nie zmienił się do momentu, kiedy ów postać przybrała idealnych kształtów kobiecego ciała i wyrazu twarzy. Jego szczęka momentalnie opadła w dół, źrenice zmniejszyły się do rozmiarów ziarenek pszenicy a temperatura diametralnie wzrosła. Zamrugał kilka razy i popatrzył na palonego papierosa.
- Co do cholery? – zapytał przyciszonym głosem i spojrzał na kobietę. Miała delikatne rysy ciała, subtelnie zaokrąglone biodra i oznakę szczodrości Matki Natury w postaci pięknych, jędrnych piersi. I można by pomyśleć, że do Olgierda przybył anioł z Boskim posłannictwem, jednak twarz owej zjawy nie wydawała się być anielską. Miała harde, nieustępliwe spojrzenie nieakceptujące żadnego sprzeciwu, brwi skrzywione w oznace odrazy i wrogości wobec obiektu objawienia, a także usta, które jak na oko Olgierda nie śmiały się od dobrych kilku stuleci, jeśli mówiliśmy o duchu.
- Musicie stąd uciekać – oznajmiła na samym początku zimnym, oschłym tonem, aż bruneta przeszył dreszcz. Ten chłód przeszedł aż do mózgu chłopaka mrożąc na chwilę wszystkie rymowane myśli, jakie chciał wtedy powiedzieć. Jednak jeden fakt był niezaprzeczalny – jakaś być może pozaziemska lub Boska osoba stała właśnie przed nim. A on siedział po prostu i w zasadzie kompletnie nie wiedział co ma powiedzieć. Był cały sparaliżowany ze strachu. Nawet nie zauważył, że przestał oddychać. Postać na ten widok wydała się być zażenowana. Wykręciła donośnie oczami i ponownie zmierzyła Oggiego zimnym spojrzeniem.
- Jak chcesz zginąć zabity przez SS to proszę bardzo. Mi to nie robi różnicy – wyrzekła chłodno. Młodzieniec jeszcze raz uważnie przyjrzał się swojemu szlugowi i stwierdził szybko, że to na pewno oryginalny papieros bez żadnych szatańskich domieszek. Ponadto na pewno nie Boskie posłannictwo, prędzej szatańskie zważając na ton głosu i wyraz twarzy. Nie ważne. Chęć życia chłopaka nie pozwalała mu na pogodzenie się tym razem ze swoją duszą romantyka, która nakazywała pleść ballady o zjawisku, które się przed nim ukazało. Obudził więc Barbarę, która wybita ze snu kompletnie nie wiedziała, co się dzieje. Prawdopodobnie nie zauważyła nawet owej postaci, choć… może nie miała możliwości jej zobaczyć. Z pewnością była zwykłym człowiekiem. Postać przemieściła się bliżej cienia i dodała.
- Ratuj każdego kogo zdołasz – i rozpłynęła się, na powrót stając się mglisto-dymną poświatą. Chłopak szybko zgasił papierosa, by nie wywołać żadnego pożaru rzucając go gdzieś w bok i rzekł do swojej klientki.
- Musimy stąd uciekać. Bardzo szybko. Zabierz swoje rzeczy i biegnij na górne piętro. Tam się spotkamy – i już chciał iść ratować innych, ale kobieta zatrzymała go.
- Ale Oggi… co się dzieje? Dlaczego mam uciekać? O co chodzi? – zadawała masę pytań, na które sam chłopak nie znał odpowiedzi. Zdenerwował się trochę jak to w obliczu śmierci.
- Po prostu idź, nie pierdol. Jak chcesz żyć to w podskokach biegnij na poddasze i zgarniaj po drodze każdego kogo zdołasz, rozumiesz?! – krzyknął jej w twarz. Czarnowłosa zesztywniała ze strachu, jej oczy zalały się łzami jednak po kilku sekundach zaczęła szaleńczo biec w stronę schodów, a potem w górą na poddasze. Olgierd tylko słyszał, jak po drodze budzi gości siedzących przy stolikach dla VIP’ów. W tym czasie czarnowłosy myślał jak uratować tyle ludzi przed niemiecką milicją. Gdyby krzyknął, że zaraz wparują SS-mani wszyscy by się pozabijali, żeby wyjść przez główne lub tylne drzwi, a znając życie tam spotkałoby ich rozstrzelanie. Pobiegł więc między stolikami do sceny i zabrał mikrofon leżący koło DJ’a.
- Proszę Państwa, nie śpimy! Zabawa nadal trwa. Klub przygotował niespodziankę. Pokaz sztucznych ogni! – na te słowa tłum zawtórował oklaskami, krzykami i gwizdami zadowolenia – W tym celu wszyscy przenosimy się na dach. Proszę zgarnąć ze sobą śpiących przyjaciół. Nikogo nie może to ominąć! Zapraszamy! – dodał zachęcająco i napotkał wściekły wzrok DJ’a, który zapewne plan na ten wieczór znał doskonale. Już chciał się rzucić na chłopca, ale ten wyciągnął swój mały rewolwer i wycelował w mężczyznę, który na widok broni momentalnie zbladł.
- Spróbuj tylko pisnąć słowo, a Cię zastrzelę. Zaraz wparują tu SS-mani. Jeśli Ci życie miłe to radzę… wypierdalaj na dach! – warknął niesympatycznie Oggi. Muzyk bez słowa ominął uzbrojonego siedemnastolatka i szybko zaczął zmierzać do schodów. Sala zaczęła pustoszeć. W tym czasie Olgierd porysował na ścianach przy wejściu i oknach podstawowe kręgi transmutacyjne, które przez pośpiech nie były dziełami sztuki, jednak były w stanie pełnić swoją funkcję. Chłopak niesamowicie się spieszył. Jego myśli były wszędzie i nigdzie jednocześnie. Coś mu mówiło, żeby ratował siebie po to on jest poetą i gniazdem zasilającym naród, jednak jego wiara i przekonanie o wartości poświęcenia życia za innych ludzi nie pozwalała mu pozostawić tych osób samym sobie. Kiedy kończył rysowanie ostatniego zaczął czuć dudnienie ziemi jakby od marszu i jazdy. Do uszu dochodziły mu krzyki i szumy oddziału. Nie był nieziemsko wielki, ale był w stanie z łatwością zabić całe towarzystwo z klubu. Ponadto Olgierd go nie widział, więc nie mógł być pewien liczebności. Przebiegł szybko na środek sali o mało co nie przewracając się na jednym ze schodów. Narysował ostatni okrąg na ziemi i przyłożył do niego dłonie. Po pomieszczeniu zaczęły poruszać się niebieskie błyskawice, które dążyły do jednego z kręgów na ścianach. Po kilku sekundach podłoga zaczęła się obniżać. Materiał, z którego została wykonana przenosił się na drzwi i okna tworząc mur z betonu i paneli. Z pewnością było to w stanie opóźnić akcję wojska, które może się zdziwić na widok takich umocnień. Tym bardziej, że nie spodziewało się, że goście się spodziewają. Kiedy już zaczęli otaczać budynek, Olgierd szybko się stamtąd wycofał. Wbiegł po schodach na pierwsze piętro, a potem na drugie. Nikogo nie spotkał po drodze. Nie mógł poświęcić czasu na to, żeby sprawdzać pokoje i łazienki. A przynajmniej nie wtedy. Musiał pomóc uciec tym, którzy byli na dachu. Od biegu brakowało mu już tchu, ale strach i adrenalina sprawiały, że stawał się innym człowiekiem. Było go stać na o wiele więcej niż normalnie.
Na poddaszu stali już troszkę zniecierpliwieni goście. Hałasy z dołu powodowały to, że nie było słychać rozmów i krzyków z góry. Olgierd przepchnął się przez tłum i znalazł się na krawędzi dachu. Jedyną szansą na przeżycie tych ludzi było zrobienie mostu prowadzącego od dachu klubu do następnych i następnych i następnych… tak by mogli spokojnie się rozejść i ukryć. Bez ociągania siedemnastolatek zaczął resztką kredy rysować małe okręgi na betonowej obudowie dachu. Nim ludzie zorientowali się, co się dzieje, most na drugą stronę już był gotowy. Zaczął zaganiać wszystkich do przejścia, ale nie wszyscy chcieli dać się tak od razu. Wtedy chłopak w swojej niecierpliwości i złości łapał takiego delikwenta za kłaki i pokazywał drugą krawędź dachu, gdzie oddział próbował przejąć budynek. Wtedy taki osobnik pierwszy pchał się do mostu informując innych o tym, co zobaczył. Zaczęła rozwijać się wśród gości panika, a ich głosy zaczęły być równe z głosami z dołu. Jeszcze chwila, a mogliby zostać wykryci. Chłopak nie dość, że bał się o życie swoje to jeszcze o życie innych. Cały trząsł się ze strachu, złości i bezradności. Jego najmniejszy błąd mógł kosztować życie tak wielu ludzi, a oni zamiast z nim współpracować to darli mordy i szaleli, jakby nie mogli po prostu w ciszy przeżywać myśli o śmierci. Było wiec tylko jedno wyjście… chłopak przebiegł na drugi dach wyprzedził tłum i stanął przed nim. Wyciągnął swoją nikłą spluwę, ale jednak spluwę i skierował w stronę tłumu. Oczy każdego, dosłownie każdego były pełne przerażenia i strachu. Oggi nie miał zamiaru ich zabijać, to było oczywiste, ale musiał ich uciszyć. Położył palec na ustach nie spuszczając broni z celu. Wszyscy zrozumieli komunikat. W momencie jedyne co słyszał to strzały, wybuchy i przekleństwa z dołu. Przechodzili dalej. Z dachu na dach. Brunet tworzył kolejne mosty, by wyprowadzić lud jak najdalej. Kiedy wraz z grupą znajdowali się już z dala od wojsk, Olgierd zarządził powolne rozdzielanie grupy. Wypuszczenie wszystkich na raz wywołałoby podejrzenie. Na każdym kolejnym budynku wypuszczał po 7 osób, które już we własnym zakresie musiały jakoś zejść na parter i rozejść się tak, aby nie wzbudzić niczyich podejrzeć. Zajęło to chłopakowi dobrą godzinę, jednak początkowa akcja z pistoletem sprawiła, że nikt nie ośmielił mu się sprzeciwić. Tym bardziej jeśli ktoś połapał się, że dzięki alchemii może sobie zrobić kałasznikowa i wszystkich rozstrzelać na miejscu. Kiedy odprowadził ostatnie dwie osoby postanowił wrócić na miejsce rozejrzeć się, jak potoczyły się sprawy. Samotny powrót mostami był o wiele szybszy. Poza tym… musiał usunąć jakiekolwiek oznaki swojej działalności. Starał się być jak najbardziej niepozorny w swojej wędrówce, ale był wieczór. Noc rozwijała nad chłopakiem ciemny płacz tajemniczości i mroku. Nikt o zdrowych zmysłach lub prostym umyśle nie spędzał rozgwieżdżonej nocy pod gołym niebem na dachu swojego domu. Poza tym… jaka była pewność, że nie zaatakuje helikopter wojskowy, który czasami robił krótkie patrole nad miastem?
Brunet powolutku docierał do miejsca, gdzie był planowany atak na klub. Kiedy zbliżał się do budynku, robił to o wiele ostrożniej niż dotychczas. W jednej kieszeni w zasięgu ręki miał kredę, w drugiej ręce trzymał swój maleńki rewolwer. Wokół panowała zupełna cisza. Chłopak wziął kilka wdechów i wychylił się. Nie zobaczył jednak nic co mogłoby go zaskoczyć. Trochę ruin związanych z próbami dostania się do budynku, kilku kręcących się tu i ówdzie milicjantów oraz zapewne całą bandę biegłych w środku, którzy mieli za zadanie rozpracować zjawisko, które wydarzyło się w środku. Odetchnął cicho i schował się ponownie. Stwierdził, że nie ma sensu pokazywać się w otoczeniu klubów przez najbliższy czas. Szybko i zwinnie uciekł z miejsca zdarzeń, by odpocząć i ułożyć sobie wszystko w głowie.
Od ponad trzech godzin panowała godzina policyjna, ale chłopak nie miał zamiaru spacerować po największych i najbardziej za dnia ruchliwych parkach w Warszawie. Skakał z dachu na dach niwelując po sobie ślady, aż znalazł się na dachu swojej kamienicy. Wynajmował tam maleńkie mieszkanie, które jak dla jednego małego poety było przytulną ostoją spokoju. Olgierd usiadł na krawędzi. Rozejrzał się wokoło, ale nikogo nie zauważył ani nie usłyszał. Nadal nie mógł uwierzyć w to co się stało. Spojrzał na swoje ubranie. Był cały z kurzu. Gdzieniegdzie zauważył przetarcia, dziury i strzępienia eleganckiego ubioru. Westchnął zniechęcony.
- Trzeba zainwestować w nowy – powiedział do siebie i sięgnął do kieszeni po paczkę swoich papierów, które obecnie były jedyną formą relaksu, na jakie mógł wtedy sobie pozwolić. Odpalił zapalniczką i zaciągnął się rakotwórczym dymem. Nie minęła minuta, jak całe emocje opadły i na powrót do ciała powrócił duch – duch wrażliwego romantyka z depresją.
Całe wydarzenie, jakiego był świadkiem powróciło jak bumerang. Chłopak podsunął pod siebie kolano, oparł na nim łokieć, a na dłoni osadził ciężką od smutku i strachu głowę. Palił powoli, a po policzkach kolejno spływały mu łzy.
- Co to było w ogóle… - zaczął – Kuźwa… - jego umysł pełen był dziwnych myśli, pytań, na które nie znał odpowiedzi. Na dodatek stres sprawił, że dostał migreny – Boli mnie głowa… - westchnął. A mimo to palił dalej, jakby palenie szluga ukoiło jego ból.

< Fajka? Co ty robiłaś przez ten czas? ;3 >