M

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Iwan "Grish". Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Iwan "Grish". Pokaż wszystkie posty

środa, 21 marca 2018

Od Grisha CD Wertera

Podrapałem się wolno w tył głowy. Zjawisku temu, towarzyszyło zamknięcie oczu i ciche westchnienie, które ostatnio zdarzało mi się coraz częściej. Nagła wizyta nieproszonego gościa wystarczyła, by porządnie rozbić mój idealny harmonogram. Pocieszał mnie fakt, że już wszystko miałem za sobą. Mając jeszcze chwilę czasu, wróciłem myślami do sytuacji sprzed dosłownie 15 minut. Doszedłem do wniosku, że co jak co, ale zasłużył na małą krzywdę. Oczywiście nie byłbym sobą gdybym potem wszystkiego nie naprawił. Chociaż szczerze mówiąc, chłopak był tak bardzo wyprany z jakiejkolwiek czułości, że chyba i tak było mu wszystko jedno.
W jednej chwili przypomniałem sobie o niecodziennej dawce morfiny, jaką poznany mi wcześniej Werter sobie zażyczył. Sam nie byłem pewien czy naprawdę kierowały nim dobre intencje, ale naprawdę wolałem to przemilczeć. Miałem cichą nadzieję, że nikt nie dostrzeże nagłego zniknięcia całkiem sporej dawki alkaloidu. Jedyne co mną kierowało, to jak najszybciej zrobić to co do mnie należało i powrócić do pracy, naturalnym więc było dla mnie całkowite olanie czarnowłosego. Może i to było lekko nie na miejscu, lecz czy istniało jakieś inne wyjście? Niemałe zdziwienie na mej twarzy wywołał uśmiech, który bowiem zawitał na twarzy przybysza. Padło między nami parę nieistotnych (lub po prostu mniej istotnych) dialogów i chłopak najwidoczniej podczas tak krótkiego czasu poznał mnie na tyle, że śmiało mógł rzucić przeprosinami za papierosa. Zupełnie szczerze mówiąc, mój problem polegał w dziewięćdziesięciu procentach na zniszczonej probówce. Dobrze pokazywał to mój gest, na który zdecydowałem się od razu po jego wyjściu - jakże by nie inaczej, wyciągnąłem papierosa. Jak nie paliłem często, tak dziś bardziej mnie do tego ciągnęło. Chciałem rzucić mu coś na pożegnanie, lecz zniknął równie szybko jak się pojawił. Ponownie pokręciłem głową, po czym opadłem na krzesło w oczekiwaniu na któregokolwiek pracownika, tylko po to, by pochwalić się wynalazkiem.
~
Trudno mi było wytłumaczyć w jaki sposób sprawdziłem działanie powstałej mi substancji na żywym organizmie, a gdybym przyznał się że był to akurat człowiek, zapewne spotkałbym się z dezaprobatą. Udało mi się na szczęście wcisnąć im jakiś kit, który najwyraźniej ich przekonał. Jednak co by nie było, pracy opuścić szczęśliwy nie mogłem, bowiem wciśnięto mi na siłę 3 wolne dni, pod pretekstem że za dużo czasu spędzam w laboratorium. Narzuciłem na siebie płaszcz, po czym naburmuszony opuściłem budynek. Postanowiłem że godzina jeszcze młoda, więc udam się do pobliskiego szpitala, by przedstawić mojemu znajomemu wciąż świeże odkrycie. Ruszyłem dość żwawym krokiem w kierunku tramwaju, ponownie przypominając sobie o (po)rannym gościu. Szczerze przyznam że nadal byłem ciekaw na co była mu aż taka dawka morfiny. Podniosłem rękę by zweryfikować godzinę. Widocznie zasmuciłem się na myśl że jest lekko po 12, a mnie nie ma w moim ukochanym miejscu. Od szpitala dzieliły mnie dosłownie 2 minuty drogi, lecz stwierdziłem że najpierw wstąpię do szpitalnego bufetu. Z kubkiem kawy na wynos finalnie udałem się w stronę zaplecza lekarskiego, w którym zazwyczaj przebywał mój znajomy lekarz. Po drodze na jednym z korytarzy, uderzyła we mnie fala ciepła. Zaczęło kręcić mi się w głowie i pojawiły się mroczki przed oczami. To świadczyło tylko o jednym - nadchodził jeden z niekontrolowanych momentów mojej anomalii. Złapałem się szybko za czoło, powoli przesuwając dłoń na wysokość oczu. Mignęły mi trzy szybkie obrazy - szpital, służby porządkowe w postaci niemieckiej policji i czarnowłosy mężczyzna. Nie byłem w stu procentach pewien, ale wyglądał mi znajomo. Opuściłem dłoń i powoli zacząłem odzyskiwać świadomość. Zaniepokojona pielęgniarka podeszła do mnie i zaczęła mówić:
- Wszystko w porządku? Dziwnie się pan zachowuje, może zaprowadzę pana do doktora? - Wpatrywałem się w nią jeszcze przez chwilę, towarzyszyło mi dziwne uczucie, jakbym nie potrafił nic powiedzieć. Zaciągnąłem się powietrzem i wyrzuciłem z siebie wszystko na jednym oddechu.
- Dziękuję, ale muszę już iść. - Ruszyłem w stronę wyjścia ze szpitala. Jeżeli to co widziałem rzeczywiście miało się zdarzyć, to warto było się pośpieszyć. Tuż przed wyjściem skręciłem w prawo, podążając w stronę bocznego wyjścia. Dla bezpieczeństwa wolałem wyjść niezauważony. Spostrzegłem że nadal w dłoniach trzymam kawę. Cud że nadal pozostawała w stanie nienaruszonym. Nie zmieniając tempa, opuściłem budynek, szybkim ruchem wyrzucając płyn. Oczywiście - było mi szkoda, lecz czułem że bardziej by mi zaszkodziła niż pomogła. Tak jak przeczuwałem - widziałem szpital, widziałem policję i widziałem, no oczywiście, Wertera. Wyglądał dość beztrosko i nic nie zapowiadało żadnej konfrontacji, więc póki co stałem przyczajony, udając że znalazłem się tu przypadkowo. Gdy dwóch policjantów stanęło przy nim, mówiąc coś po niemiecku, wyraźnie się skupiłem. Chłopak widocznie się spiął, ponieważ jeden z nich zaczął go przeszukiwać. Było słychać dosadne "was ist das?", gdy wyciągnął z kieszeni jego bluzy o wiele mniejszą niż na początku dawkę morfiny. Czarnowłosy nie odpowiedział, tylko wpatrywał się w policjanta. Drugi z nich szybkim ruchem uderzył go w brzuch, na co niemota od razu się skulił. W tym samym momencie wbiegłem, łapiąc go mocno za ramię. Był oszołomiony, lecz szybko dostosował się do sytuacji, w ostatniej chwili wyrywając swoją dawkę alkaloidu. Pociągnąłem go w jedną z uliczek, szybko biegnąc. Zatrzymaliśmy się kawałek dalej, licząc na chwilę dla siebie. Chłopak zmierzył mnie wzrokiem, w którym było widać nutkę poirytowania.
- Patrz, znowu przypadkiem udzielam Ci pomocy. - Rzuciłem w jego stronę, lekko ochrypłym głosem. Znowu nastąpiło do szybkiej wymiany zdań.
- Nie musiałeś.
- Musiałem.
- Nie.
-Tak.
- Dlaczego? - No właśnie, dlaczego? Na to pytanie zamilkłem, wpatrując się stronę z której przybiegliśmy. Zastanawiałem się przez chwilę czy zrzucić to na moją anomalię (co byłoby czystym kłamstwem), czy po prostu powiedzieć że zrobiłem to z mojej czysto wrodzonej troski, która nie dawałaby mi spokoju.
- Ja bym się prędzej zapytał czemu znowu na siebie trafiamy - dodatkowo w takim momencie. - Przerwałem tą chwilę ciszy, doskonale wiedząc jakie będzie następne pytanie.
- Więc wytłumacz mi, przyjacielu, czemu znowu na siebie trafiamy.. do tego w takim momencie? - Powtórzył całe moje pytanie, naciskając na słowo "przyjacielu". Cała ta sytuacja wywołała u mnie niekontrolowany uśmiech.
- Lepiej stąd chodźmy, zanim najlepsze służby porządkowe postanowią podążać za nami. - Czarnowłosy przez chwilę stał w ciszy, po czym przytaknął głową, dając mi jednocześnie znak bym szedł za nim. Prowadził mnie dłuższą chwilę przez miejsca, których kompletnie nie znałem. Skarciłem się w duchu, ponieważ w tej sytuacji nie mam ewentualnego pola do popisu i trudno mi by było wyjść z ewentualnej sytuacji zagrożenia życia. Przez większość naszej wycieczki dane mi było oglądać stare blokowiska. Nie ukrywam, powodowało to u mnie mały dreszcz, ponieważ sam mieszkałem w dość malowniczym miejscu. Jednak cały czas skupiałem się by nie pokazać tego po sobie, lecz mój przewodnik chyba wyraźnie to wyczuł.
- Co tam różowy, co się spinasz? - Na jego ustach zawitał złośliwy uśmiech, a ja natomiast odpowiedziałem poirytowanym grymasem. Zapewne wyglądałem jak naburmuszone dziecko. Nim się zorientowałem, staliśmy pod wejściem do jednego z mieszkań. Czy on naprawdę zaprowadza mnie do swojego mieszkania? Czy to jakiś sposób podstępu? W głowie mieszało mi się od pytań, lecz żadne nie ujrzało światła dziennego. Znalazłem się w ciemnym pomieszczeniu, w którym ładnie pachniało. Mimo ciemności, dało się zauważyć przejścia do innych - zapewne - pokoi.
- Jak już jesteś to postaraj się niczego nie zepsuć. - Przeszył mnie kolejny dreszcz. Nigdy nie spotkałem takiej obojętności przy jednej wypowiedzi. Nagle rozbłysło światło, co wymusiło u mnie lekkie zmrużenie oczu. Czarnowłosy zniknął za rogiem, dopowiadając - Ah i nie musisz zdejmować butów. - Dwa razy mi powtarzać nie trzeba, więc skierowałem się przed siebie. Moim oczom ukazała się duża kolekcja różnego rodzaju alkoholu, która znajdowała się za szklaną szybką. Mimo iż alkohol nie był czymś za czym się uganiałem, pozwoliłem sobie na rzucenie oczu z bliska, Powoli odsunąłem szkło i wziąłem do ręki jedną z butelek.
- Beluga. No nieźle, widzę że gustujesz w rosyjskich trunkach. - Powiedziałem cicho, nie odwracając się w stronę odbiorcy. Mimowolnie sięgnąłem po paczkę papierosów, którą trzymałem w kieszeni w spodniach, lecz szybko się powstrzymałem, przypominając sobie w jakim miejscu się znajduję. Odłożyłem alkohol na miejsce, po czym zasunąłem ponownie szybą. Westchnąłem cicho, stwierdzając że coraz częściej sięgam po wyroby tytoniowe. Gdy uderzyła mnie kolejna fala ciepła, próbowałem szybko zmienić położenie, wiedząc że nie minie chwila i już przyjdą kolejne objawy. Ledwo zniknąłem w innym pokoju, a już pojawiły się mroczki i pewna rodzaju słabość. Stanąłem przy oknie, próbując wszystko ewentualnie ukryć. Powieki mimowolnie mi opadły i tym razem pojawił się tylko jeden obraz: Werter. Co to mogło oznaczać? Widziałem go na tyle wyraźnie, że przez chwilę miałem wrażenie że wszystko dzieje się tu i teraz. Czy to oznaczało że jest zagrożeniem? A może sam jest zagrożony? A może coś jeszcze innego? Złapałem się ponownie za czoło, lecz tym razem przejeżdżając ręką po całej twarzy, kończąc na włosach. Kątem oka ujrzałem gospodarza, stającego jakieś dwa metry za mną.
- Jak długo już tu stoisz? - Spytałem nadal lekko drżącym głosem.

<Werter?>

poniedziałek, 19 marca 2018

Od Grisha do Wertera

Dzień się zaczął. Lecz co za różnica, jak dla mnie nocy nie było? Przynajmniej dziś. Gdyby ktoś zadał mi pytanie, który to już raz, chyba nie byłbym w stanie odpowiedzieć. Ostatnio dzień w dzień zawalam nockę, byleby jak najszybciej doprowadzić moje badania do końca. Szczerze mówiąc, sam jestem zafascynowany swoim stanem. Może to i po części zasługa dużej ilości kawy, ale nie zmienia to faktu, że zadziwiające jest to, ile człowiek może wytrzymać bez snu. Tym bardziej ja - osoba, która chodziła spać wcześnie. To że robiłem tak tylko po to żeby wstać bardzo wcześnie, to już inna sprawa.

Dzisiaj wyjątkowo wróciłem do domu. Tak to dzień w dzień, od dwóch tygodni, jako jedyna osoba, spędzałem noc w laboratorium. Musiałem przerwać to laboratoryjne zawirowanie, ze względu na matkę. Może i została kaleką, ale na pewno nie pozbawiło ją to emocji. Wróciłem po prostu się nią zaopiekować, mimo iż wiedziałem że czekają nas długie godziny milczenia. Westchnąłem cicho na tą myśl. Mój telefon zabrzęczał cicho, wskazując godzinę 4:40. Wstałem powoli od biurka i podreptałem w stronę łazienki. Ogarnąłem się szybko, po to by na końcu i tak wszystko zepsuć. Cały ład jaki powstał na mojej głowie, szybko zniknął, albowiem przeczesałem całe włosy ręką. Wychyliłem głowę poza łazienkę. Uspokoiłem się na widok śpiącej matki. Wziąłem wcześniej przygotowany termos z kawą i schowałem szybkim ruchem do torby. Oprócz napoju, znajdywały się tam również wszystkie moje notatki. Założyłem wcześniej przygotowaną, czarną koszulę, którą przykryłem długim płaszczem. Ktoś mógłby zapytać - czy na obecne temperatury, nie jest mi w tym za zimno. Mówiąc wprost - to było chyba moim najmniejszym zmartwieniem, ponieważ ostatnio dość bardzo emanowałem ciepłem. Pochwyciłem torbę, po czym wyszedłem cicho z domu. Mieszkałem dość daleko od mojego miejsca pracy, więc średnio dojazd do pracy zajmował mi pół godziny. Jednak nie uważam tego za dużą wadę. Wręcz przeciwnie - Kabaty to bardzo ładna dzielnica. Jest cicho, spokojnie i powietrze zdaje się jakieś czystsze. Może to zasługa lasu umieszczonego tuż obok, a może minimalnie mniejszym ruchem, lecz to chyba nie ma dużego znaczenia. Umiarkowanym krokiem ruszyłem w stronę metra, za którym sam osobiście nie przepadam. Może i jest szybkim rozwiązaniem, lecz codzienny ścisk i hałas jakoś mnie nie przekonywał. Ponownie zerknąłem na zegarek - tym razem na ten, umieszczony na moim nadgarstku.Wskazywał 5:12. Podniosłem wzrok na ekran pokazujący kurs metra. Nim się zorientowałem, pociąg przyjechał. Zajmując puste miejsce, zacząłem kalkulować o której godzinie mógłbym dotrzeć do pracy. No tak - metro - 18 minut, dotarcie na miejsce 9 minut, przebranie się i otwarcie laboratorium - 12 minut. Razem dałoby mi to.. 5:51! Od razu po otrzymaniu wyniku, uśmiechnąłem się triumfalnie. Niby małe rzeczy, a tak cieszą. Przeczekałem posłusznie całe 18 minut, przeglądając przy okazji notatki. Wychodząc, zauważyłem w nich pewien błąd. Pewien BARDZO POWAŻNY błąd. Od razu potrząsnąłem głową z niedowierzaniem. Czym prędzej popędziłem do laboratorium. Wpadłem zmęczony do budynku UW. Ku mojemu niezadowoleniu, tego dnia stanowisko ochrony obejmował niemiecki wartownik. Mężczyzna trochę starszy ode mnie, zawsze bacznie mnie obserwował. Jakby się domyślał kim jestem. Szybko rzuciłem do recepcjonistki "Grish", a ta równie pośpiesznie wydała mi klucze do laboratorium. Niechlujnym ruchem ściągnąłem mój fartuch i otworzyłem drzwi jednocześnie go zakładając. Zapaliłem wszystkie światła klikając po kolei przyciski, po czym nie czekając aż wszystkie zaczną działać, udałem się do mojej pracowni. Złapałem za ołówek i zacząłem skrobać coś na skrawku papieru. Przyczepiłem go do tablicy korkowej i porównałem z wcześniejszymi obliczeniami. Gdybym miał możliwość, wyszedłbym teraz z ciała i zdzielił siebie samego w twarz. Brawo Iwan, zdałeś wszystkie testy z wynikiem bardzo dobrym, a nie umiesz wykonać prostego działania. Wziąłem ostrożnie dwie probówki i uzupełniłem je odpowiednimi składnikami. Ręce trzęsły mi się przeokropnie, od ilości spożytej kofeiny. Wlałem do obu probówek inny kwas, dzięki czemu otrzymałem niezbędne mi sole. Potem tak jak Bozia uczyła (..nauczycielka chemii naprawdę była tak nazywana), zmieszałem obie substancje, co miało dać mi upragniony efekt. Odstawiłem powstałe mi coś w probówce obok. Tak - to był jeden z momentów, w których po prostu musiałem zapalić. Wyciągnąłem zapalniczkę i szybko go odpaliłem. Jednocześnie wyciągnąłem z jednej z ogromnych lodówek kawałek świńskiej skóry, która służyła mi do celów doświadczalnych. Zrobiłem na niej małe nacięcie, po czym nie bawiąc się w pipety czy inne niepotrzebne w tym momencie rzeczy, po prostu wylałem na nią małą ilość powstałej mi substancji. Ku mojemu zadowoleniu rana powoli się zasklepiła, tworząc małego strupa. Opadłem na krzesło, przymykając lekko oczy. Poczułem jakby spadł mi kamień z serca. Nie sądziłem że będę się głowił nad jedną rzeczą tylko dlatego, że nie potrafiłem porządnie odjąć. Z chwilowej euforii wyrwały mnie spokojne kroki. Otworzyłem jedno oko i zerknąłem w stronę, skąd dobywał się ich odgłos. Zobaczyłem średniego wzrostu, nieznajomego mi osobnika. Jak gdyby nic otworzył drzwi, przez co byłem zmuszony wymienić z nim parę zdań.
- Jest Igor? - Spytał jak gdyby nic.
- Nie ma nikogo. - Rzuciłem, jakby od niechcenia, pozbywając się nadmiaru popiołu z papierosa. Chłopak zawiercił się w miejscu i niecierpliwie dodał.
- Jesteś ty.
- Nie.
- Tak.
- Nawet jeśli to co? - Odpowiedziałem już o wiele ciszej, posyłając mu pytające spojrzenie. Ten nic nie mówiąc, podszedł do mnie, kulturalnie i zgrabnie pozbył się papierosa z mojej dłoni, przypadkowo umieszczając go w jednej z pełnych probówek. Szybko odskoczył, widząc reakcję chemiczną, która nagle zaszła. Szybkim ruchem przykryłem ją wysokim, metalowym kubkiem, dało się słyszeć stłumiony wybuch, a ja tylko cicho westchnąłem na myśl, co zobaczę bo zdjęciu kubka.
- Zepsułeś mi probówkę. - Stwierdziłem z nutą oskarżenia w głosie. Sprawca wzruszył ramionami, i miał wyjść jak gdyby nic, lecz musiałem pomścić moje dziecko, odwróciłem go sprawnie, po czym porządnie przywaliłem w twarz.
- Teraz możesz wzruszyć ramionami ponownie i wyjść. - Obrażony zbierałem się do sprzątania po tym co narobił. Czarnowłosy zachwiał się miejscu, prawie tracąc równowagę. Momentalnie złapał się za nos, który najwidoczniej najbardziej ucierpiał. Jego twarz wykrzywiła się w nieszczęśliwym grymasie, gdy strużka krwi spłynęła mu najpierw po ustach, kończąc na brodzie. Do tej pory nadal milczał, co szczerze bardziej mnie denerwowało, niż gdyby zaczął mi nawijać o tym jak bardzo mnie nienawidzi.
- Przyszedłem tu po parę leków, a nie po lanie. - Odezwał się wreszcie, ocierając rozmazaną krew, podaną przeze mnie chusteczką.
- Ja przyszedłem do pracy by pracować, a nie by sprzątać po czyimś bałaganie. - Odpowiedziałem mu równie beztrosko. Ten nic nie odpowiedział, tylko stał z opuszczoną głową. Przerwałem na chwilę moją pracę, chcąc mu się przyjrzeć. Mimo to, póki jego głowa pozostawała w stanie lekko opuszczonym, nie miałem zbytnich szans na lepsze zbadanie go. Odwróciłem się, by wyrzucić wszystko do specjalnego kosza, po czym wziąłem do ręki nowo odkrytą substancję i nasączyłem nią lekko wacik. Podszedłem do czarnowłosego i łapiąc go za podbródek, lekko uniosłem jego głowę. Pierwszą rzeczą, która spowodowała u mnie lekki dyskomfort, były jego oczy - wpatrujące się wprost we mnie. Przyłożyłem mu lekko wacik do wciąż krwawiącego nosa. Miałem nadzieję że owa substancja nie zabije go na miejscu i ku mojemu zdziwieniu tak było.. Ale to nie tak że chciałem go wyeliminować! Dodatkowo osobnik nie wydał nawet żadnego dźwięku. Po prostu stał tak i wpatrywał się pustym, nic nie znaczącym wzrokiem.
- Przytrzymaj tu. - Zostawiłem mu wacik w miejscu, w którym miał trzymać, po czym puściłem go, od razu jak pojął co ma robić. Podstawiłem mu krzesło i dosłownie posadziłem go na nim.
- Werter jestem, to mogę te leki? - Spytał głosem tak samo obojętnym jak jego wzrok. Pokręciłem głową i spytałem wprost.
- Czego potrzebujesz?

<Werter?>

Grish