M

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grish&Werter. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grish&Werter. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 2 kwietnia 2018

Od Wertera CD Grisha

Nie mogłem uwierzyć, że wykiwanie policji poszło nam tak łatwo. Stróże musieli mieć zły dzień i nas zgubić albo dość dobry humor, by odpuścić. Idąc do domu, miałem cichą nadzieję, że Guma nie jest jakimś agentem specjalnym, czy innym typem, który za cel honorowy postawił sobie odrąbanie mi głowy toporem i przyniesienie w zębach swojemu panu. Nigdy przecież nie wiadomo, nie? W każdym razie nie chciałem zostawiać go na pastwę jakichś żołnierzy. Byłem pewien, że kiedy zobaczą go po raz drugi, nie dadzą mu tak szybko spokoju. Za godzinę czy dwie powinni mieć zmianę, a wtedy wszystko rozejdzie się po kościach.
Przy ukrywaniu się kolor włosów Gumy był całkowicie bezużyteczny, a nawet strasznie szkodził. Nawet z daleka było zdecydowanie za łatwo go rozpoznać. Musiałem jednak przyznać, że całkiem mi się podobał. Kolor oczywiście, chyba nikt nie pomyślał o niczym innym. Kojarzył mi się z lodami o smaku gumy balonowej, a kto nie lubi lodów?
Odetchnąłem z ulgą, gdy w końcu znaleźliśmy się w moich kilkudziesięciu metrach kwadratowych. Moich i Konrada, który aktualnie szlajał się, gdzieś daleko od domu. Liczyłem, że nie wróci szybko. Mieszanie tej papli w cokolwiek było beznadziejnym pomysłem.
Od rana miałem ochotę jedynie na odrobinę ciepłego napoju i chwilę snu. Na tamtą drugą musiałem niestety trochę poczekać. Założyłem, że mój gość tak szybko nie opuści mego domu, a moja głupota nie urosła do tego stopnia bym spał przy nim. Jasne, jasne, stała na dość wysokim poziomie, skoro w ogóle się tu znalazł, jednak pozory mogłem zachować, chociaż przed sobą.
Przypomniałem mojemu gościowi kilka zasad dobrego wychowania, by uniknąć niepotrzebnych wydatków na odkupienie sprzętu. Zapaliłem światło, by nieco rozjaśnić pokój. Tak to bywa, kiedy masz okna tylko od północy, ciemno jest praktycznie cały dzień. Ma to jednak i swoje plusy, w postaci niższego czynszu. Zazwyczaj siedziałem po prostu po ciemku w ciągu dnia, by nie nadrabiać tego rachunkiem za prąd.
Kiedy już załatwiłem sprawę gościa, zabrałem się za o wiele przyjemniejszą część mojego pobytu w domu. Robienie herbaty było w tej chwili jedyną rzeczą, o której szczerze marzyłem. Może poza milionem dolców. Pozwoliłem, by Guma krzątał się po domu, w którym i tak nie miałem zbyt wielu pamiątek, czy zdjęć. Wszystkie, które pozostały były schowane głęboko w szafach. Stwierdziliśmy z Konradem, że tak będzie lepiej dla wszystkich.
Sporządzenie mojego ciepłego napoju nie zajęło długo, dlatego chwilę później pojawiłem się w wejściu do pokoju. Widok, który ukazał oczom, nie tylko mnie zaskoczył, ale i zaciekawił. W końcu nie codziennie ktoś ma jakiś dziwny atak w moim domu. Nie wyglądało to na zbyt groźne, jednak używaniem anomalii śmierdziało mi na kilometr. Byłem ciekawy, jak to działa, ale również pewny, że nowy przyjaciel nie będzie skory do rozmawiania o tym.
Gdy naukowcowi już przeszło, groza obecna w pomieszczeniu opadła, a ja upewniłem się w fakcie, że nie muszę dzisiaj jechać na pogotowie. Odpowiedziałem szybko i beztrosko na jego pytanie, krótkim, aczkolwiek jednoznacznym zwrotem:
- Wystarczająco.
Guma zbladł w sekundzie z niezrozumiałego początkowo dla mnie powodu. Ot co ma jakieś dziwne skutki uboczne używania mutacyjnych zdolności. Wielkie mi halo. Na pewno nie była to pierwsza rzecz, jaką pragnąłem w życiu widzieć. Dopiero po sekundzie w mojej głowie zapaliło się tak oczywiste wyjaśnienie, które wyrecytowałem na głos:
- Boisz się przyznać, że jesteś mutantem - powiedziałem, a z mojego tonu aż wyciekała ekscytacja zabarwiona rozbawieniem.
Jeśli śnieg można porównać do bieli idealnej, to mój gość zszedł jeszcze o stopień niżej. Oczywiście z jednej strony rozumiałem jego obawę, a z drugiej nie umiałem odrzucić od siebie śmiechu. Machnąłem lekceważąco dłonią, by pokazać, jak mało mnie to obchodzi i usiadłem z kubkiem herbaty na jednym z foteli. Nie miałem najmniejszego zamiaru mu się tłumaczyć, a po prostu zgrabnie zmienić temat.
- Nie przesadzaj, to przecież nie jest zaraźliwe - dodałem po chwili, chcąc nieco rozluźnić atmosferę, którą w tej chwili można było kroić nożem.
Wskazałem mu na drugie siedzenie, na które opadł z lekką ulgą. Nadal był czujny, jakbym miał w sekundzie wyjąć spluwę i zacząć do niego strzelać. Trwaliśmy chwilę w ciszy. Bardzo niezręcznej dla Gumy, bardzo zręcznej dla mnie. Upajałem się każdą sekundą, spokojnie popijając herbatę, kiedy on czekał na moją reakcję. Dopiero po paru minutach postanowiłem wykorzystać całą sytuację i nieco się zabawić jego kosztem. Trzymanie go w niepewności było jak znęcanie się nad małym kotkiem, ale bardzo mnie to bawiło. Odrzuciłem więc wahania moralne i zacząłem grę. Wystarczyło tylko, by się jej podjął.
- Powinieneś zapytać, jak się tak szybko domyśliłem - podsunąłem mu cicho, zerkając na niego kątem oka.
Chwilę później odzyskał on swoje pierwotne kolory, a wręcz lekko się zaczerwienił. Może było mu nieco głupio, że sam na to nie wpadł? A może jedynie, że się bał? Bardziej prawdopodobne wydało mi się to pierwsze, ponieważ strach był jak najbardziej uzasadniony. Ktoś inny pewnie od razu zacząłby panikować lub wyznać mi prawdę, w nadziei na uniknięcie konsekwencji. No, ale przecież zabawa dopiero się zaczynała! Gość westchnął ciężko i podniósł na mnie wzrok.
- Skąd wiedziałeś? - zapytał, tak jak prosiłem, naciskając metaforyczne "play".
Nie mogłem powstrzymać uśmiechu. Niesamowicie lubiłem, kiedy ktoś postanowił współpracować. Z jednej strony byłem ciekawy, jak zareaguje, kiedy skłamię. Z drugiej nie chciałem go okłamywać. Tuż przed naszym ponownym spotkaniem Daniel dał mi odpowiedź, na pytanie z kim mam do czynienia. Pewnie dla nikogo innego by tego nie zrobił, jednak ja potrafiłem rozmawiać z nim w odpowiedni sposób. A co jeśli to szpieg? A co jeśli to jakaś ważna osoba dla rządu? A co jeśli... bla bla bla. Zawsze działa. Nie znałem wielu faktów jak na przykład działania jego anomalii. Suma summarum wiedziałem jedynie o jego pseudonimie i prawdziwym nazwisku. Więcej oczywiście nie było mi potrzebne, a jeśli bym o to pytał, stałoby się to zbyt podejrzane.
- Mówią na ciebie Grish, prawda? - zmieniłem specjalnie temat, by nieco się z nim podroczyć.
Guma zrobił wielkie oczy, ale skinął głową. Miał przed tym gestem mały opór, wiedział, że im mniej będę wiedział, tym lepiej. Musiałem go niestety szybko rozczarować, bo miałem zdecydowanie więcej informacji, niż powinienem. Poczekałem spokojnie, aż otworzy usta, by zasypać mnie znów pytaniami. Dopiero wtedy zacząłem mówić dalej.
- Iwan Schultz, pracujesz w laboratorium Ruchu Oporu, ja? Jako naukowiec... - nie mogłem skoczyć mojego wywodu, mimo że nie miałem dużo więcej do powiedzenia.
W sumie od początku liczyłem, że mi przerwie. Tak najłatwiej dać wrażenie, że wiesz wszystko, nie wiedząc prawie nic. Naciskać krótko, a mocno. Grish zerwał się z fotela i doskoczył do mnie. Myślę, że każdy inny w tym momencie byłby nieco zaniepokojony. Należał on bowiem do osób dość postawnych, a i siły mu nie brakowało. Widząc jego hardą minę, nie mogłem powstrzymać się od śmiechu. Przestało mnie to bawić, dopiero kiedy podniósł mnie za koszulkę z fotela, rozlewając tym sposobem herbatę. Uśmiech szybko zniknął mi z ust, gdy musiałem stanąć na palcach, by zapobiec potarganiu ubrania. Zdecydowanie nie chciałem tracić mojego T-shirtu. Może jednak próba udawania Niemca, była lekką przesadą? Jedno krótkie słówko, a potrafi tak człowieka wystraszyć.
- Przestań i lepiej powiedz, skąd masz te informacje - jego głos był tak wściekły, że prawie zmienił się w warknięcie.
Musiałem przyznać, że jednak zabrnięcie tak daleko nie było najlepszym pomysłem. Sprzątanie podłogi i te sprawy...
- Zluzuj portki, Dawid to mój kumpel. Poprosiłem go, żeby mi coś na ciebie wysłał. Nic więcej w sumie nie wiem. Nie umiem powiedzieć po niemiecku ani słowa więcej - odparłem z prędkością karabinu maszynowego.

<Grish?>

[NASTĘPNA CZĘŚĆ]

środa, 21 marca 2018

Od Grisha CD Wertera

Podrapałem się wolno w tył głowy. Zjawisku temu, towarzyszyło zamknięcie oczu i ciche westchnienie, które ostatnio zdarzało mi się coraz częściej. Nagła wizyta nieproszonego gościa wystarczyła, by porządnie rozbić mój idealny harmonogram. Pocieszał mnie fakt, że już wszystko miałem za sobą. Mając jeszcze chwilę czasu, wróciłem myślami do sytuacji sprzed dosłownie 15 minut. Doszedłem do wniosku, że co jak co, ale zasłużył na małą krzywdę. Oczywiście nie byłbym sobą gdybym potem wszystkiego nie naprawił. Chociaż szczerze mówiąc, chłopak był tak bardzo wyprany z jakiejkolwiek czułości, że chyba i tak było mu wszystko jedno.
W jednej chwili przypomniałem sobie o niecodziennej dawce morfiny, jaką poznany mi wcześniej Werter sobie zażyczył. Sam nie byłem pewien czy naprawdę kierowały nim dobre intencje, ale naprawdę wolałem to przemilczeć. Miałem cichą nadzieję, że nikt nie dostrzeże nagłego zniknięcia całkiem sporej dawki alkaloidu. Jedyne co mną kierowało, to jak najszybciej zrobić to co do mnie należało i powrócić do pracy, naturalnym więc było dla mnie całkowite olanie czarnowłosego. Może i to było lekko nie na miejscu, lecz czy istniało jakieś inne wyjście? Niemałe zdziwienie na mej twarzy wywołał uśmiech, który bowiem zawitał na twarzy przybysza. Padło między nami parę nieistotnych (lub po prostu mniej istotnych) dialogów i chłopak najwidoczniej podczas tak krótkiego czasu poznał mnie na tyle, że śmiało mógł rzucić przeprosinami za papierosa. Zupełnie szczerze mówiąc, mój problem polegał w dziewięćdziesięciu procentach na zniszczonej probówce. Dobrze pokazywał to mój gest, na który zdecydowałem się od razu po jego wyjściu - jakże by nie inaczej, wyciągnąłem papierosa. Jak nie paliłem często, tak dziś bardziej mnie do tego ciągnęło. Chciałem rzucić mu coś na pożegnanie, lecz zniknął równie szybko jak się pojawił. Ponownie pokręciłem głową, po czym opadłem na krzesło w oczekiwaniu na któregokolwiek pracownika, tylko po to, by pochwalić się wynalazkiem.
~
Trudno mi było wytłumaczyć w jaki sposób sprawdziłem działanie powstałej mi substancji na żywym organizmie, a gdybym przyznał się że był to akurat człowiek, zapewne spotkałbym się z dezaprobatą. Udało mi się na szczęście wcisnąć im jakiś kit, który najwyraźniej ich przekonał. Jednak co by nie było, pracy opuścić szczęśliwy nie mogłem, bowiem wciśnięto mi na siłę 3 wolne dni, pod pretekstem że za dużo czasu spędzam w laboratorium. Narzuciłem na siebie płaszcz, po czym naburmuszony opuściłem budynek. Postanowiłem że godzina jeszcze młoda, więc udam się do pobliskiego szpitala, by przedstawić mojemu znajomemu wciąż świeże odkrycie. Ruszyłem dość żwawym krokiem w kierunku tramwaju, ponownie przypominając sobie o (po)rannym gościu. Szczerze przyznam że nadal byłem ciekaw na co była mu aż taka dawka morfiny. Podniosłem rękę by zweryfikować godzinę. Widocznie zasmuciłem się na myśl że jest lekko po 12, a mnie nie ma w moim ukochanym miejscu. Od szpitala dzieliły mnie dosłownie 2 minuty drogi, lecz stwierdziłem że najpierw wstąpię do szpitalnego bufetu. Z kubkiem kawy na wynos finalnie udałem się w stronę zaplecza lekarskiego, w którym zazwyczaj przebywał mój znajomy lekarz. Po drodze na jednym z korytarzy, uderzyła we mnie fala ciepła. Zaczęło kręcić mi się w głowie i pojawiły się mroczki przed oczami. To świadczyło tylko o jednym - nadchodził jeden z niekontrolowanych momentów mojej anomalii. Złapałem się szybko za czoło, powoli przesuwając dłoń na wysokość oczu. Mignęły mi trzy szybkie obrazy - szpital, służby porządkowe w postaci niemieckiej policji i czarnowłosy mężczyzna. Nie byłem w stu procentach pewien, ale wyglądał mi znajomo. Opuściłem dłoń i powoli zacząłem odzyskiwać świadomość. Zaniepokojona pielęgniarka podeszła do mnie i zaczęła mówić:
- Wszystko w porządku? Dziwnie się pan zachowuje, może zaprowadzę pana do doktora? - Wpatrywałem się w nią jeszcze przez chwilę, towarzyszyło mi dziwne uczucie, jakbym nie potrafił nic powiedzieć. Zaciągnąłem się powietrzem i wyrzuciłem z siebie wszystko na jednym oddechu.
- Dziękuję, ale muszę już iść. - Ruszyłem w stronę wyjścia ze szpitala. Jeżeli to co widziałem rzeczywiście miało się zdarzyć, to warto było się pośpieszyć. Tuż przed wyjściem skręciłem w prawo, podążając w stronę bocznego wyjścia. Dla bezpieczeństwa wolałem wyjść niezauważony. Spostrzegłem że nadal w dłoniach trzymam kawę. Cud że nadal pozostawała w stanie nienaruszonym. Nie zmieniając tempa, opuściłem budynek, szybkim ruchem wyrzucając płyn. Oczywiście - było mi szkoda, lecz czułem że bardziej by mi zaszkodziła niż pomogła. Tak jak przeczuwałem - widziałem szpital, widziałem policję i widziałem, no oczywiście, Wertera. Wyglądał dość beztrosko i nic nie zapowiadało żadnej konfrontacji, więc póki co stałem przyczajony, udając że znalazłem się tu przypadkowo. Gdy dwóch policjantów stanęło przy nim, mówiąc coś po niemiecku, wyraźnie się skupiłem. Chłopak widocznie się spiął, ponieważ jeden z nich zaczął go przeszukiwać. Było słychać dosadne "was ist das?", gdy wyciągnął z kieszeni jego bluzy o wiele mniejszą niż na początku dawkę morfiny. Czarnowłosy nie odpowiedział, tylko wpatrywał się w policjanta. Drugi z nich szybkim ruchem uderzył go w brzuch, na co niemota od razu się skulił. W tym samym momencie wbiegłem, łapiąc go mocno za ramię. Był oszołomiony, lecz szybko dostosował się do sytuacji, w ostatniej chwili wyrywając swoją dawkę alkaloidu. Pociągnąłem go w jedną z uliczek, szybko biegnąc. Zatrzymaliśmy się kawałek dalej, licząc na chwilę dla siebie. Chłopak zmierzył mnie wzrokiem, w którym było widać nutkę poirytowania.
- Patrz, znowu przypadkiem udzielam Ci pomocy. - Rzuciłem w jego stronę, lekko ochrypłym głosem. Znowu nastąpiło do szybkiej wymiany zdań.
- Nie musiałeś.
- Musiałem.
- Nie.
-Tak.
- Dlaczego? - No właśnie, dlaczego? Na to pytanie zamilkłem, wpatrując się stronę z której przybiegliśmy. Zastanawiałem się przez chwilę czy zrzucić to na moją anomalię (co byłoby czystym kłamstwem), czy po prostu powiedzieć że zrobiłem to z mojej czysto wrodzonej troski, która nie dawałaby mi spokoju.
- Ja bym się prędzej zapytał czemu znowu na siebie trafiamy - dodatkowo w takim momencie. - Przerwałem tą chwilę ciszy, doskonale wiedząc jakie będzie następne pytanie.
- Więc wytłumacz mi, przyjacielu, czemu znowu na siebie trafiamy.. do tego w takim momencie? - Powtórzył całe moje pytanie, naciskając na słowo "przyjacielu". Cała ta sytuacja wywołała u mnie niekontrolowany uśmiech.
- Lepiej stąd chodźmy, zanim najlepsze służby porządkowe postanowią podążać za nami. - Czarnowłosy przez chwilę stał w ciszy, po czym przytaknął głową, dając mi jednocześnie znak bym szedł za nim. Prowadził mnie dłuższą chwilę przez miejsca, których kompletnie nie znałem. Skarciłem się w duchu, ponieważ w tej sytuacji nie mam ewentualnego pola do popisu i trudno mi by było wyjść z ewentualnej sytuacji zagrożenia życia. Przez większość naszej wycieczki dane mi było oglądać stare blokowiska. Nie ukrywam, powodowało to u mnie mały dreszcz, ponieważ sam mieszkałem w dość malowniczym miejscu. Jednak cały czas skupiałem się by nie pokazać tego po sobie, lecz mój przewodnik chyba wyraźnie to wyczuł.
- Co tam różowy, co się spinasz? - Na jego ustach zawitał złośliwy uśmiech, a ja natomiast odpowiedziałem poirytowanym grymasem. Zapewne wyglądałem jak naburmuszone dziecko. Nim się zorientowałem, staliśmy pod wejściem do jednego z mieszkań. Czy on naprawdę zaprowadza mnie do swojego mieszkania? Czy to jakiś sposób podstępu? W głowie mieszało mi się od pytań, lecz żadne nie ujrzało światła dziennego. Znalazłem się w ciemnym pomieszczeniu, w którym ładnie pachniało. Mimo ciemności, dało się zauważyć przejścia do innych - zapewne - pokoi.
- Jak już jesteś to postaraj się niczego nie zepsuć. - Przeszył mnie kolejny dreszcz. Nigdy nie spotkałem takiej obojętności przy jednej wypowiedzi. Nagle rozbłysło światło, co wymusiło u mnie lekkie zmrużenie oczu. Czarnowłosy zniknął za rogiem, dopowiadając - Ah i nie musisz zdejmować butów. - Dwa razy mi powtarzać nie trzeba, więc skierowałem się przed siebie. Moim oczom ukazała się duża kolekcja różnego rodzaju alkoholu, która znajdowała się za szklaną szybką. Mimo iż alkohol nie był czymś za czym się uganiałem, pozwoliłem sobie na rzucenie oczu z bliska, Powoli odsunąłem szkło i wziąłem do ręki jedną z butelek.
- Beluga. No nieźle, widzę że gustujesz w rosyjskich trunkach. - Powiedziałem cicho, nie odwracając się w stronę odbiorcy. Mimowolnie sięgnąłem po paczkę papierosów, którą trzymałem w kieszeni w spodniach, lecz szybko się powstrzymałem, przypominając sobie w jakim miejscu się znajduję. Odłożyłem alkohol na miejsce, po czym zasunąłem ponownie szybą. Westchnąłem cicho, stwierdzając że coraz częściej sięgam po wyroby tytoniowe. Gdy uderzyła mnie kolejna fala ciepła, próbowałem szybko zmienić położenie, wiedząc że nie minie chwila i już przyjdą kolejne objawy. Ledwo zniknąłem w innym pokoju, a już pojawiły się mroczki i pewna rodzaju słabość. Stanąłem przy oknie, próbując wszystko ewentualnie ukryć. Powieki mimowolnie mi opadły i tym razem pojawił się tylko jeden obraz: Werter. Co to mogło oznaczać? Widziałem go na tyle wyraźnie, że przez chwilę miałem wrażenie że wszystko dzieje się tu i teraz. Czy to oznaczało że jest zagrożeniem? A może sam jest zagrożony? A może coś jeszcze innego? Złapałem się ponownie za czoło, lecz tym razem przejeżdżając ręką po całej twarzy, kończąc na włosach. Kątem oka ujrzałem gospodarza, stającego jakieś dwa metry za mną.
- Jak długo już tu stoisz? - Spytałem nadal lekko drżącym głosem.

<Werter?>

wtorek, 20 marca 2018

Od Wertera CD Grisha

Jak dobrze zacząć dzień? Od niektórych można usłyszeć - kawą, od moich znajomych - wypłatą, a od kilku zboczeńców, z którymi się zadaje - seksem. Ja niestety nie poznałem sztuki przeżywania zadowalających mnie poranków. Nie musiałbym długo szukać, by podać kilka dowodów. Właśnie do takich przykładów zalicza się ten oto.
Wczesne wstawanie nigdy nie wychodziło mi najlepiej, jednak piąta rano totalnie mnie powaliła. Brak kawy dawał mi się jasno we znaki. Nigdy nie lubiłem jej pić, ale teraz doceniłbym każdą, jedną kropelkę, byle tylko oczy same mi się nie zamykały. Jeśli w tym stanie ogólnego zmęczenia i senności nie byłem wystarczająco odizolowany od otaczającego mnie świata, to na pewno konsola, którą trzymałem w dłoni, dopełniła dzieła.
Szedłem prawie pustą o tej godzinie ulicą, sporadycznie mijając pojedyncze osoby lub siły porządkowe chodzące w parach. Nikt z nich nie był zbytnio zainteresowany tym, co dzieje się wokół. Chyba jedyne co wyrwałoby ich z tego uroczego stanu to niebo, walące się na ich głowy.
Nie ubrałem kurtki, mając nadzieję, że chłód nieco otrzeźwi mój umysł, jednak jak zawsze się przeliczyłem. Było mi zimno, pomimo naciągniętego głęboko na głowę kaptura. Nic, a nic nie pomagał. Pocieszał mnie jedynie brak jakichkolwiek opadów, które na pewno uczyniłyby ten dzień jeszcze bardziej paskudnym.
Płynąłem tak w swoim sennym świecie, kiedy nagle ktoś złapał mnie za ramię. Dostałem chwilowego skoku adrenaliny, który szybko ostudził widok znajomej twarzy.
- Witaj Leo - powiedziałem nieprzytomnie, po kilku sekundach nieprzytomnego wpatrywania się w znajomego.
Rudy w odpowiedzi skinął głową i jakby nigdy nic ruszył obok mnie w dalszą drogę. Szybko pozazdrościłem mu ciepłej kurtki i czapki naciągniętej głęboko na uszy. Urządzenie w mojej dłoni zagrało cichą melodyjkę, a gdy zerknąłem na ekran, po raz setny pojawił się tam napis "Game Over". Nic nie denerwowało mnie tak, jak to. Zwłaszcza że z tym poziomem męczyłem się od kilku dni, a chwilę wcześniej byłem bliski zakończenia go.
- Mam sprawę - odezwał się dopiero po prawie minucie.
Jego słowa wywołały u mnie odruch parsknięcia, którego nie miałem szansy zdusić. Szybko sam wyrwał się na światło dzienne. Towarzysz spojrzał na mnie dziwnie, lekko skonsternowany. Nie wiedział, czy śmieje się, czy denerwuję.
- Nie przychodzisz, jeśli nie masz jakiegoś interesu - usprawiedliwiłem moje zachowanie.
Teraz i jego twarz pojaśniała uśmiechem. Nic nie powiedział. Z reguły Leo był małomówną osobą. Wyraz jego oblicza musiał sam naprowadzić mnie na niemą aprobatę rudego. Minęliśmy dwóch żołnierzy w czarnych mundurach, znudzonych do granic możliwości. Jeden z nich potarł ręce, a widząc mnie w samej bluzie, lekko zadrżał. Kiedy już odeszliśmy na odpowiednią odległość od nieproszonych słuchaczy, mój towarzysz kontynuował:
- Chodzi o szczegóły przemytu, o którym rozmawialiśmy ostatnio - powiedział spokojnie.
Na te słowa poczułem, jak znaczna część moich mięśni się spina, a serce przesuwa się niebezpiecznie w kierunku gardła. Zapomniałem o tym na śmierć. W zeszłym tygodniu dostałem od rudego papiery dotyczące nielegalnej przewózki broni. Miałem zapoznać się z trasą i dostać obstawę. Nie była to zbytnio akcja konspiracyjna. Po prostu kilku kolesiów z wyższych klas zaproponowało mi bardzo ryzykowne zadanie w pakiecie z dużą zapłatą. W ostatnich czasach ja i Konrad zalegaliśmy nieco z czynszem, więc nie myśląc długo, zgodziłem się. Teraz przyszedł czas rozliczenia z tego, co wiedziałem o akcji, a nie wiedziałem kompletnie nic. Myślałem, czy dam radę to ukryć, kiedy Leo pokręcił głową z rozczarowaną miną.
- Nie przeczytałeś - stwierdził, nie zapytał.
Była to jedna z jego tajnych mocy. Potrafił idealnie odczytać, kiedy ktoś próbuje go oszukać. Nie miałem pojęcia czy ma to coś wspólnego z anomalią, chociaż tak podejrzewałem. Tak czy inaczej, bardzo go za to podziwiałem.
- Wiesz... tak wyszło... - zacząłem, w głowie zawirowało mi od natłoku wymówek, ale kumpel machnął na to ręką.
Może i nie byłem najgorszym kłamcą, dużo osób stwierdziłoby, że nawet całkiem dobrym, jednak rudzielca po prostu nie dało się tak łatwo oszukać. Cała ta sytuacja przestała mi się podobać. Byłem pewny, że mogę zaliczyć tę próbę zarobkową do porażek i skupić na tej, którą obecnie wykonywałem. Chodziło w niej o odbiór leków z korpusu naukowego. Miałem je dostarczyć do jednego z cywilnych szpitali. Prawdopodobnie branie za to pieniędzy było nieludzkie, ale z czegoś żyć musiałem, a najłatwiej zarabiało mi się na wykonywaniu tras, których nikt o zdrowych zmysłach by się nie podjął.
- Mam dobry humor. Do jutra zapoznaj się z papierkami albo bardzo dotkliwie pokażę ci moje niezadowolenie - od tonu Leo włosy stawały dęba.
Nikt nie warzyłby się zarzucić mu, że żartuje lub kłamie. No a na pewno nie ja. Nie w takiej sytuacji. Jedyne co pozostało mi zrobić, to posłusznie skinąć głową. Szef nie zabawił ze mną dłużej, bo już przy następnym skrzyżowaniu skręcił w prawo.
Tak właśnie nasze drogi tego dnia się rozeszły. Bez fajerwerków, za to w strasznym mrozie. Cieszyłem się, że od laboratorium dzieliły mnie metry, bo palce powoli zaczęły mi cierpnąć. Trzymanie dłoni w kieszeniach zdało się na nic. Kiedy tylko znalazłem się w środku, odetchnąłem z ulgą. W końcu wokół zapanowało względne ciepło. Mniej zadowolił mnie ogólny mrok panujący w otaczających mnie pomieszczeniach. Przy drzwiach wejściowych drzemał w najlepsze wartownik, a recepcja świeciła pustkami, więc nie chcąc tracić czasu, ruszyłem korytarzem. Byłem już prawie pewny, że zrobiono mnie w konia, gdy nagle zobaczyłem drzwi, za którymi świeciło się światło.
W pomieszczeniu siedział mężczyzna, pochylony nad szkłem laboratoryjnym, na którym całkiem się nie znałem. W sensie nie znałem się ani na szkle, ani na mężczyźnie. Na pewno zapamiętałbym jego różowe włosy, które od razu skojarzyły mi się z gumą balonową. Pewnie nie tylko mi. Nie myśląc wiele, wszedłem do pomieszczenia, jak do siebie, nieudolnie próbując odrzucić resztki zmęczenia.
Po wymianie kilku słów byłem pewien, że mój informator wykiwał mnie na nie lichą kasę, jednak liczyłem, że uda mi się jakoś wykorzystać sytuację. Może jakaś niewielka kradzież? Niestety moje logiczne myślenie zakłócał w tym momencie dym papierosowy, który doprowadzał mnie do szału. Tego problemu pozbyłem się szybko, za to powstał inny - wkurzony chemik. Zdążyłem jedynie wzruszyć ramionami, nim sytuacja się wyjaśniła. Byłem tak oszołomiony niespodziewanym ciosem, że nagle wszystkie moje maski roztrzaskały się w drobny mak. Nie miałem już siły kłamać. Została jedynie nieopanowana potrzeba schowania się przed światem i zaśnięcia, najlepiej na zawsze.
Resztkami sił mentalnych próbowałem jeszcze ukryć to wszystko. Niezbyt mi się to udało, bo nowo poznany typ szybko mnie zgasił. Nienawidziłem tego uczucia. Kiedy nie mogłem wykrztusić z siebie żadnego słowa, a jedynie niemo wpatrywać się w drugą osobę.  Godziłem się bez słowa na wszystko, aż w końcu w mojej głowie zapaliła się czerwona lampka - medykamenty. Po nie tutaj przyszedłem, tylko to się liczyło.
- Werter jestem, to mogę te leki? - spytałem cicho, nieco niemrawo, nadal nie do końca przytomny.
Gumowłosy pokręcił głową jakby z niedowierzaniem. Czego innego się w końcu spodziewał? Właśnie po to przyszedłem. A może był to jedynie jakiś odruch? 
- Czego potrzebujesz? - odparł także pytaniem. 
Na to pytanie wciągnąłem głębiej powietrze. Na moich ustach pojawił się szybko sztuczny, słaby uśmiech. W końcu coś szło względnie po mojemu. Zawadiackim wyrazem twarzy chciałem zamaskować moje zmęczenie i niechęć do życia, która w tej chwili kumulowała się we mnie coraz bardziej. 
- Umawiałem się z twoim kumplem na całkiem sporą dostawę morfiny - wyjaśniłem. 
Popatrzył na mnie w tym momencie, jakbym był co najmniej dobrze mu znanym narkomanem, jednak bez słowa wyszedł z pomieszczenia. Dawka, którą przyniósł, była znacznie mniejsza, niż w umowie, ale także dużo większa niż ta, którą, jak się okazało chwilę wcześniej, rzeczywiście miałem dostać. Odebrałem od niego paczuszkę i od razu schowałem do kangurzej kieszeni bluzy. 
- Dzięki - bąknąłem, nie do końca wiedząc jak się zachować. 
Jeszcze nigdy moja fasada nie była aż tak cienka przy całkiem obcej osobie. On jakby tego nie zauważył. To było dla mnie jeszcze bardziej absurdalne. Czy to przez to, że mnie nie znał, całkiem tego nie zauważył, a może był to jakiś podstęp?
- Mam nadzieję, że to na jakiś wyższy cel niż zaćpanie się na śmierć - rzucił i znów usiadł przy swojej pracy. 
Tym razem grymas na moich ustach, który część społeczeństwa nazywa uśmiechem, był całkiem naturalny. Od razu wiedziałem, że właśnie o tym myśli. Bardzo mnie to bawiło. W końcu wcale nie umiem czytać w myślach, a zawsze byłem beznadziejny w przewidywaniu. 
- Nie tym razem - odparłem moim zwykłym, wesołym tonem, a po chwili zastanowienia dodałem - i przepraszam za tego papierosa.
Nie zamierzałem czekać na jego reakcję. Wyszedłem jak najszybciej znów na ciemny korytarz. On powiódł mnie do drzwi wyjściowych. Nadal nie były strzeżone, więc pozostałem niezauważony, aż do końca. Po chwili na ramionach znów czułem powiewy zimowego powietrza. Tym razem byłem całkowicie przytomny. Idąc ulicą, nadal podśmiewałem się pod nosem.
- To było łatwe, jak zabranie morfiny gumie do rzucia - rzuciłem do siebie i znów zaniosłem się cichym chichotem. 
Coraz bardziej miałem wrażenie, że zaczyna odbijać. Huśtawki nastrojów nie powinny mi się zdarzać aż tak często, to przecież tylko jeden z efektów ubocznych używania anomalii. Błagałem w myślach by zamiast tego, wróciły bóle głowy. Te cholerne bóle głowy...

poniedziałek, 19 marca 2018

Od Grisha do Wertera

Dzień się zaczął. Lecz co za różnica, jak dla mnie nocy nie było? Przynajmniej dziś. Gdyby ktoś zadał mi pytanie, który to już raz, chyba nie byłbym w stanie odpowiedzieć. Ostatnio dzień w dzień zawalam nockę, byleby jak najszybciej doprowadzić moje badania do końca. Szczerze mówiąc, sam jestem zafascynowany swoim stanem. Może to i po części zasługa dużej ilości kawy, ale nie zmienia to faktu, że zadziwiające jest to, ile człowiek może wytrzymać bez snu. Tym bardziej ja - osoba, która chodziła spać wcześnie. To że robiłem tak tylko po to żeby wstać bardzo wcześnie, to już inna sprawa.

Dzisiaj wyjątkowo wróciłem do domu. Tak to dzień w dzień, od dwóch tygodni, jako jedyna osoba, spędzałem noc w laboratorium. Musiałem przerwać to laboratoryjne zawirowanie, ze względu na matkę. Może i została kaleką, ale na pewno nie pozbawiło ją to emocji. Wróciłem po prostu się nią zaopiekować, mimo iż wiedziałem że czekają nas długie godziny milczenia. Westchnąłem cicho na tą myśl. Mój telefon zabrzęczał cicho, wskazując godzinę 4:40. Wstałem powoli od biurka i podreptałem w stronę łazienki. Ogarnąłem się szybko, po to by na końcu i tak wszystko zepsuć. Cały ład jaki powstał na mojej głowie, szybko zniknął, albowiem przeczesałem całe włosy ręką. Wychyliłem głowę poza łazienkę. Uspokoiłem się na widok śpiącej matki. Wziąłem wcześniej przygotowany termos z kawą i schowałem szybkim ruchem do torby. Oprócz napoju, znajdywały się tam również wszystkie moje notatki. Założyłem wcześniej przygotowaną, czarną koszulę, którą przykryłem długim płaszczem. Ktoś mógłby zapytać - czy na obecne temperatury, nie jest mi w tym za zimno. Mówiąc wprost - to było chyba moim najmniejszym zmartwieniem, ponieważ ostatnio dość bardzo emanowałem ciepłem. Pochwyciłem torbę, po czym wyszedłem cicho z domu. Mieszkałem dość daleko od mojego miejsca pracy, więc średnio dojazd do pracy zajmował mi pół godziny. Jednak nie uważam tego za dużą wadę. Wręcz przeciwnie - Kabaty to bardzo ładna dzielnica. Jest cicho, spokojnie i powietrze zdaje się jakieś czystsze. Może to zasługa lasu umieszczonego tuż obok, a może minimalnie mniejszym ruchem, lecz to chyba nie ma dużego znaczenia. Umiarkowanym krokiem ruszyłem w stronę metra, za którym sam osobiście nie przepadam. Może i jest szybkim rozwiązaniem, lecz codzienny ścisk i hałas jakoś mnie nie przekonywał. Ponownie zerknąłem na zegarek - tym razem na ten, umieszczony na moim nadgarstku.Wskazywał 5:12. Podniosłem wzrok na ekran pokazujący kurs metra. Nim się zorientowałem, pociąg przyjechał. Zajmując puste miejsce, zacząłem kalkulować o której godzinie mógłbym dotrzeć do pracy. No tak - metro - 18 minut, dotarcie na miejsce 9 minut, przebranie się i otwarcie laboratorium - 12 minut. Razem dałoby mi to.. 5:51! Od razu po otrzymaniu wyniku, uśmiechnąłem się triumfalnie. Niby małe rzeczy, a tak cieszą. Przeczekałem posłusznie całe 18 minut, przeglądając przy okazji notatki. Wychodząc, zauważyłem w nich pewien błąd. Pewien BARDZO POWAŻNY błąd. Od razu potrząsnąłem głową z niedowierzaniem. Czym prędzej popędziłem do laboratorium. Wpadłem zmęczony do budynku UW. Ku mojemu niezadowoleniu, tego dnia stanowisko ochrony obejmował niemiecki wartownik. Mężczyzna trochę starszy ode mnie, zawsze bacznie mnie obserwował. Jakby się domyślał kim jestem. Szybko rzuciłem do recepcjonistki "Grish", a ta równie pośpiesznie wydała mi klucze do laboratorium. Niechlujnym ruchem ściągnąłem mój fartuch i otworzyłem drzwi jednocześnie go zakładając. Zapaliłem wszystkie światła klikając po kolei przyciski, po czym nie czekając aż wszystkie zaczną działać, udałem się do mojej pracowni. Złapałem za ołówek i zacząłem skrobać coś na skrawku papieru. Przyczepiłem go do tablicy korkowej i porównałem z wcześniejszymi obliczeniami. Gdybym miał możliwość, wyszedłbym teraz z ciała i zdzielił siebie samego w twarz. Brawo Iwan, zdałeś wszystkie testy z wynikiem bardzo dobrym, a nie umiesz wykonać prostego działania. Wziąłem ostrożnie dwie probówki i uzupełniłem je odpowiednimi składnikami. Ręce trzęsły mi się przeokropnie, od ilości spożytej kofeiny. Wlałem do obu probówek inny kwas, dzięki czemu otrzymałem niezbędne mi sole. Potem tak jak Bozia uczyła (..nauczycielka chemii naprawdę była tak nazywana), zmieszałem obie substancje, co miało dać mi upragniony efekt. Odstawiłem powstałe mi coś w probówce obok. Tak - to był jeden z momentów, w których po prostu musiałem zapalić. Wyciągnąłem zapalniczkę i szybko go odpaliłem. Jednocześnie wyciągnąłem z jednej z ogromnych lodówek kawałek świńskiej skóry, która służyła mi do celów doświadczalnych. Zrobiłem na niej małe nacięcie, po czym nie bawiąc się w pipety czy inne niepotrzebne w tym momencie rzeczy, po prostu wylałem na nią małą ilość powstałej mi substancji. Ku mojemu zadowoleniu rana powoli się zasklepiła, tworząc małego strupa. Opadłem na krzesło, przymykając lekko oczy. Poczułem jakby spadł mi kamień z serca. Nie sądziłem że będę się głowił nad jedną rzeczą tylko dlatego, że nie potrafiłem porządnie odjąć. Z chwilowej euforii wyrwały mnie spokojne kroki. Otworzyłem jedno oko i zerknąłem w stronę, skąd dobywał się ich odgłos. Zobaczyłem średniego wzrostu, nieznajomego mi osobnika. Jak gdyby nic otworzył drzwi, przez co byłem zmuszony wymienić z nim parę zdań.
- Jest Igor? - Spytał jak gdyby nic.
- Nie ma nikogo. - Rzuciłem, jakby od niechcenia, pozbywając się nadmiaru popiołu z papierosa. Chłopak zawiercił się w miejscu i niecierpliwie dodał.
- Jesteś ty.
- Nie.
- Tak.
- Nawet jeśli to co? - Odpowiedziałem już o wiele ciszej, posyłając mu pytające spojrzenie. Ten nic nie mówiąc, podszedł do mnie, kulturalnie i zgrabnie pozbył się papierosa z mojej dłoni, przypadkowo umieszczając go w jednej z pełnych probówek. Szybko odskoczył, widząc reakcję chemiczną, która nagle zaszła. Szybkim ruchem przykryłem ją wysokim, metalowym kubkiem, dało się słyszeć stłumiony wybuch, a ja tylko cicho westchnąłem na myśl, co zobaczę bo zdjęciu kubka.
- Zepsułeś mi probówkę. - Stwierdziłem z nutą oskarżenia w głosie. Sprawca wzruszył ramionami, i miał wyjść jak gdyby nic, lecz musiałem pomścić moje dziecko, odwróciłem go sprawnie, po czym porządnie przywaliłem w twarz.
- Teraz możesz wzruszyć ramionami ponownie i wyjść. - Obrażony zbierałem się do sprzątania po tym co narobił. Czarnowłosy zachwiał się miejscu, prawie tracąc równowagę. Momentalnie złapał się za nos, który najwidoczniej najbardziej ucierpiał. Jego twarz wykrzywiła się w nieszczęśliwym grymasie, gdy strużka krwi spłynęła mu najpierw po ustach, kończąc na brodzie. Do tej pory nadal milczał, co szczerze bardziej mnie denerwowało, niż gdyby zaczął mi nawijać o tym jak bardzo mnie nienawidzi.
- Przyszedłem tu po parę leków, a nie po lanie. - Odezwał się wreszcie, ocierając rozmazaną krew, podaną przeze mnie chusteczką.
- Ja przyszedłem do pracy by pracować, a nie by sprzątać po czyimś bałaganie. - Odpowiedziałem mu równie beztrosko. Ten nic nie odpowiedział, tylko stał z opuszczoną głową. Przerwałem na chwilę moją pracę, chcąc mu się przyjrzeć. Mimo to, póki jego głowa pozostawała w stanie lekko opuszczonym, nie miałem zbytnich szans na lepsze zbadanie go. Odwróciłem się, by wyrzucić wszystko do specjalnego kosza, po czym wziąłem do ręki nowo odkrytą substancję i nasączyłem nią lekko wacik. Podszedłem do czarnowłosego i łapiąc go za podbródek, lekko uniosłem jego głowę. Pierwszą rzeczą, która spowodowała u mnie lekki dyskomfort, były jego oczy - wpatrujące się wprost we mnie. Przyłożyłem mu lekko wacik do wciąż krwawiącego nosa. Miałem nadzieję że owa substancja nie zabije go na miejscu i ku mojemu zdziwieniu tak było.. Ale to nie tak że chciałem go wyeliminować! Dodatkowo osobnik nie wydał nawet żadnego dźwięku. Po prostu stał tak i wpatrywał się pustym, nic nie znaczącym wzrokiem.
- Przytrzymaj tu. - Zostawiłem mu wacik w miejscu, w którym miał trzymać, po czym puściłem go, od razu jak pojął co ma robić. Podstawiłem mu krzesło i dosłownie posadziłem go na nim.
- Werter jestem, to mogę te leki? - Spytał głosem tak samo obojętnym jak jego wzrok. Pokręciłem głową i spytałem wprost.
- Czego potrzebujesz?

<Werter?>