M

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Olgierd "Kordian". Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Olgierd "Kordian". Pokaż wszystkie posty

środa, 13 czerwca 2018

Od Kordiana CD Stefki

Droga do domu Elizy minęła mu bardzo źle. Wewnętrzne uczucie upokorzenia, strachu i bezradności sprawiały, że nie cieszyło go już nic. Zapomniał o dobrych rzeczach jakie go spotkały, a zaczął rozpamiętywać te, które go skrzywdziły. Starał się za wszelką cenę odsunąć od siebie złe myśli. Przecież dobrze wiedział, że pesymistyczne myślenie to jak samospełniająca się przepowiednia. Jeśli człowiek myśli pozytywnie to żyje mu się lepiej, jeżeli zaś dookoła widzi tylko zło, szarość i nędzę, nie żyje. Przynajmniej nie tak jak powinien. A Olgierd kochał życie. Świecące słońce, drzewka i kwiaty rosnące tu i ówdzie, widok nocnego nieba i pięknych ludzi w klubach... kochał to wszystko. Cieszył się swoim życiem w miarę w zgodzie z Bogiem. Nie na tyle, aby za wszelką cenę ratować tylko swój tyłek, ale na tyle, aby być dobrym człowiekiem. Mimo to niejedna osoba nie szanowała tej dobroci, jaką chłopak dawał światu mimo panującej dookoła nieufności i podejrzliwości. Wręcz przeciwnie. Na palcach jednej ręki mógł policzyć osoby, które kiedyś podziekowały lub odwdzięczyły się za dane im dobro albo przynajmniej nie zrobiły chłopakowi krzywdy pamiętając o jego życzliwości. Ponadto czuł się źle z powodu tego, że nakrzyczał, że zbluzgał, że pobił... a strach niszczył go od środka.
- Co jeśli on mnie zabije... albo naśle na mnie kogoś? - myślał - Przecież jest milicjantem, wojskowym... na dodatek Niemcem. Co ja teraz zrobię? - pytał sam siebie i w duchu płakał. Nie mógł pokazać na ulicy swojej słabości. Nigdy w życiu, choć z każdą myślą i krokiem było to coraz trudniejsze. Pocieszał go jedynie fakt, że już za chwilkę znajdzie się w ścianach jej willi, gdzie jedyną osobą, która będzie go mogła oceniać jest lokaj.
Idąc przez park przystanął na chwilę i usiadł na ławce. Chciał chwilę odpocząć i pomyśleć w spokoju, racjonalnie. Spojrzał na kwiaty i na wazon. Wyglądały razem pięknie. Kobieta nie mogła być nie zadowolona. A to na razie było najważniejsze. Zadowolenie i szczęście klientki. Co będzie działo się potem? Bagatela! To nieistotne.
- Pomartwię się jak będzie trzeba - pomyślał, ale nie oznaczało to, że w rzeczywistości przestanie o tym myśleć. Miał przeczucie, że wojskowy nic mu raczej nie zrobi. Znał go już dosyć dobrze. Był to człowiek wzięty do wojska z przymusu lubujący w pięknych kobietach i mężczyznach. Nie w głowie raczej była mu służba. Do kwiaciarni też przecież nie wszedł na patrol! Oczywistym dla Olgierda było, że wszedł dla kogoś po kwiaty. Był dosyć młodym mężczyzną, który chciał wykorzystać życie póki może. Wiele było takich ludzi. Wszyscy gdzieś z tyłu głowy myśleli o swojej śmierci.
Pogoda nagle zaczęła się psuć. Dmuchnął silny wiatr i sypnął chłopakowi trochę pyłu w oczy. Przetrarł je szybko i spojrzał na niebo, które zrobiło się szare. Szybko wstał i ruszył do domu klientki. Nie miał zamiaru zmoknąć, bo był już elegancko ubrany, a schludność w pracy traktował jak świętość. Skoro już praca sama w sobie nie była szczególnie honorowa, to chociaż dobrze by było wyglądać jak należy. Nie raz już myślał o zmianie i jakiejś stabilizacji. Przy drobnym wysiłku i rozmowach z kim trzeba znalazłby ciepłą posadkę w jakiejś knajpie jako kelner albo nawet barman. Ile razy to rzucał butelkami jak kręglami? Wszędzie by sobie poradził, ale wtedy mógłby zapomnieć o samotnym mieszkaniu w miarę przytulnym mieszkanku i o frykasach typu kawa, herbata czy miód. Nie mówiąc już o jakimś przyzwoitym ubraniu. Absolutnie Olgierd nie był typem osoby, która nie byłaby w stanie przeżyć bez drogich szmatek, ale... po czasie doszedł do wniosku, że to co robi daje mu jednak najwięcej poczucia stabilności i bezpieczeństwa. W granicach możliwości.
Zaraz po tym jak wszedł na taras przed wejściem do willi pani Elizy, zaczęło padać. Czuł kilka kropelek, które spadły na jego głowę, zaś jak przekroczył próg domu, lunął rzęsisty deszcz. Pogoda stała się iście depresyjna. I w pełni pasowała do nastroju chłopaka, a przecież był w pracy. Musiał mieć przynajmniej obojętny nastrój.
- Zakomunikuję przybycie Pana - powiedział lokaj - Zapraszam za mną - wskazał kierunek ręką i ruszył przodem po eleganckich marmurowych schodach - Pani nie czuje się za dobrze. Pogoda jej nie odpowiada - dodał bez uczuć służący, jednak chłopak wiedział, co chciał mu przekazać lokaj przez te ładna na pozór słówka. Kiedy dotarli na pierwsze piętro budynku, Olgierd zauważył uchylone drzwi pani Elizy. Najpierw oczywiście zajrzał tam mężczyzna, powiedział o przybyciu młodzieńca i wycofał się rzucając brunetowi spojrzenie typu " Powodzenia ". I zniknął. Chłopak zajrzał nieśmiało do środka. Jego oczom ukazał się bałagan, jakiego nigdy u swojej klientki nie widział. Wszędzie leżały przeróżne dokumenty, a ona sama leżała w zupełnie dziwnej pozycji na swoim wielkowiekowym zapewne szezlongu na styl osiemnastowieczny.
- Znowu to samo - pomyślał w duchu - Znowu przesadziła z alkoholem.
Olgierd wyszedł umęczony jak nigdy dotąd. Kupiony wazon wylądował na ziemi, kwiaty za oknem, a o zapłacie mógł zapomnieć. Pani Eliza była tak narąbana, że ledwo go poznała. Dosłownie wszystko ją drażniło. Nawet jej ulubione francuska poezja. I prezent oczywiście nie za bardzo się spodobał. Sama usługa również nie, więc kategorycznie odmówiła zapłaty. Mimo to brunet odprowadził ją do sypialni i pozwolił spać. I wyszedł. Do drzwi odprowadził go lokaj, który wszystko słyszał. Patrzył na niego spojrzeniem pełnym współczucia.
- Czy da Pan sobie radę? - zapytał przyciszonym głosem. Olgierd tylko pokiwał głową i wyszedł od razu jak tylko otworzono mu drzwi. Na dworze na szczęście nie padało. Zaczęło się rozpogadzać i nadchodził wieczór. Powietrze miało charakterystyczny zapach deszczu i było przesiąknięte wilgocią.
- Zamówić Panu taksówkę? - krzyknął lokaj za chłopakiem, ale ten nawet się nie odwrócił pogrążony we własnych myślach. Wyciągnął ze swojej marynarki szlugi i odpalił jednego. Ręce całe mu się trzęsły ze złości. Nie chciał nawet nic mówić, bo wiedział, że jak zacznie to wyrecytuje drugą inwokację tyle że dłuższą i po łacinie. Dodatkowo świadomość dalszej pracy w klubie przez noc sprawiała, że chciał go po prostu trafić szlag. Czekał jednak na uspokojenie. Spacer, papierosy i cisza zazwyczaj mu pomagały. I tym razem liczył na taki układ wydarzeń. W pośpiechu opuścił teren willi. Miał dość spotkań z Panią Elizą na najbliższy tydzień. Pocieszał go fakt, że pogoda była ładna, ale chłodna, powietrze rześkie i świeże, co tylko dodatkowo sprawiało, że nie czuł w sobie takej agresji. Szacował, że już jak powróci do centrum będzie uspokojny na tyle, aby przeżyć całą noc w klubie.
Gdy Olgierd znalazł się już w centrum Warszawy czuł się o wiele lepiej. Spacer i kilka faktów, które sobie uświadomił lub przypomniał sprawiły, że zaakceptował niepowodzenie i postanowił nie poddawać się. Przecież nie mógł. To było jego jedyne źródło utrzymania. Raz na wozie, raz pod wozem. I trzeba było taki stan rzeczy zaakceptować. Mimo to z tyłu głowy miał złe myśli, o które się martwił. Nie chciał znów zrobić czegoś źle albo wybuchnąć złością. Nie mógł sobie na to pozwolić. Ta praca wymagała od niego nie lada udawania. Ale lubił tę pracę. Wszedł więc uspokojony do klubu. Przywitał się ze znajomym strażnikiem, z kilkoma eleganckimi paniami i z resztą swoich znajomych. Nie byli to wielcy przyjaciele. Gdyby Olgierd był w potrzebie to nie zadbaliby o niego ani nawet nie zechcieliby mu pomóc, ale jako chwilowe towarzystwo byli w sam raz. Brunet więc traktował ich jak serdecznych przyjaciół, bo mimo wszystko dzięki nim wiedział wszystko, co działo się w Warszawie. Skinął na znajomego kelnera, żeby przyniósł mu coś do picia i zajął sobie wolne miejsce, gdzieś w kącie lokalu. Tym razem stawał się wolnym strzelcem. Kto był sam mógł się do niego dosiąść, a jak nie to on sam się dosiadał. I dostawał parę groszy. Większość osób znała jego fach. Muzyka grała w tle. Ludzie rozmawiali, grali w karty albo zajmowali się sobą w ciemniejszych stronach pomieszczenia. Panował przyjemny półmrok, który sprawił, że Olgierd rozluźnił się i nabrał większej ochoty na pracę. Był nawet skory do poznania kogoś nowego. Nie musiał długo czekać, bo szybko dosiadły się do niego młode dziewczyny chcące w tym klubie przeżyć wieczór panieński jednej z nich. Było całkiem dobrze. Rozmowy, głównie sprośne, kleiły się doskonale, ale i takie zwykłe nie szły najgorzej. Jak już dziewuszki troszkę popiły zaczęły się już bardziej filozoficzne rozmowy, w których brunet czuł się jak ryba w wodzie, a pięknym paniom nie wiele trzeba było, żeby się porządnie wstawiły. Chłopak nic nie pił, więc miał trzeźwe patrzenie na wszystko. Po jakimś czasie chciał zażyć świeżego powietrza, więc wyszedł na zewnątrz. Zapalił sobie papieroska i rozkoszował się nocną Warszawą. Tu i ówdzie kręcił się patrol, na który niejednokrotnie skinał głową. Wtyki miał wszędzie. W pewnym momencie zauważył, że ktoś go obserwuje. Rozejrzał się i po swojej prawej stronie zauważył mężczyznę z kwiaciarni. Mimowolnie lekko się uśmiechnął. Powoli szedł i również palił papierosa.
- Dobry wieczór - powiedział dosyć głośno, na co otrzymał jedynie ciszę - Zapomniał Pan języka w gębie? - spytał z ciekawością, co mogło zostać odczytane jako ironia. Nie cierpiał chamstwa i tępił tę cechę jak nic innego. Mężczyzna zatrzymał się.
- Nie wiem czy taki dobry, więc nie odpowiadam - burknął nawet nie zaszczycając chłopaka spojrzeniem. Brunetowi zrobiło się troszkę głupio, że potraktował mężczyznę troszkę niegrzecznie, a w rzeczywistości mógł mieć gorszy dzień.
- Coś się stało? - spytał bardziej troskliwie na co pracownik kwiaciarni tylko wzruszył ramionami i ruszył dalej zaciągając się papierosem - Gniewa się Pan o to w kwiaciarni? - zapytał głośniej, aby ten usłyszał.
- Nie - odpowiedział mężczyzna dosyć cicho, ale nie zwalniał kroku. Lada chwila mógłby zniknąć chłopakowi z oczu, ale ten postanowił jeszcze troszkę go wypytać.
- Boi się mnie Pan czy co? - zapytał z nutką śmiechu - Tak się Pan spieszy, że skłonny jestem w to uwierzyć. Nie jestem agresywny bez powodu - naprostował będąc pewnym, że mężczyzna w istocie czuje do niego wstręt, choć gdyby znał niemiecki to być może by go zrozumiał - Gdyby ktoś Pana pomylił z męską dziwką też byłoby Panu troszkę przykro, czyż nie? - ostatnie słowa wyszły z jego gardła na troszkę niższym tonie. Szybko zgasił papierosa i wrócił do klubu.
- Jak szybko ludzie potrafią oceniać... - szepnął do siebie.

< Stefka? >

sobota, 5 maja 2018

Od Kordiana CD Fajki

Młody romantyk długie chwile spędził na dachu kamienicy. Wiosenny wiatr, nocne powietrze przesycone spokojem miasta i oddechem ludzkiego snu, a także wspaniały aromat kwitnącego bzu i lipy koiły rozdwojony umysł chłopca, który mimo usilnych prób nie mógł nic poukładać sobie w głowie. Wydarzenia minionych godzin nie były dla niego czymś normalnym, nawet w stanie wojny. Mimo to był świadomy, że prędzej czy później taka chwila nastąpi, że będzie musiał pokazać, kto w tej wojnie jest królem i zwycięzcą. Niestety młode, powabne na pokusy ciało wcale nie pomagało, bo oprócz radzenia sobie z problemami trzeba było za coś żyć, a ostatnio nawet młody pan do towarzystwa miewał z tym problemy.
Po drugim wypalonym papierosie powiedział sobie dość. Odłożył paczkę do kieszeni i już do niej tego wieczora nie sięgnął. Otaczający go zewsząd mrok, widok oświetlonych ulic i koncert nocnych stworzeń nie większych od chomika usypiały go. Był zmęczony. Używanie alchemii wcale nie było proste. Dla profesjonalisty nie było tak męczące, jak dla amatora, którym Olgierd był mimo swojej ogromnej wiedzy i poświęconego na naukę czasu. Odczuwał w sercu dziwną satysfakcję wraz z ukojeniem, które nadeszło po stosunkowo długim czasie. Również natłok myśli w pewnym momencie się skończył, a jego miejsce zastąpiła potrzeba odpoczynku. Ciemnowłosy ostrożnie wstał. Zachwiał się powabnie jak to miał w zwyczaju i skierował swoje kroki do drzwi, za którymi były schody prowadzące na niższe piętra i do mieszkań. Wraz z przyciśnięciem klamki brunet stał się kocią bestią. Sąsiedzi nie mogli usłyszeć ani pomruku. Kto wie gdzie czai się zdrajca... choć ta kwestia od drugiej wojny światowej się nie zmieniła - kabel zaliczał niezły łomot, żeby nie powiedzieć " śmiertelny " od ruchu oporu. Strzeżonego Pan Bóg strzeże.
Kiedy delikatnie i bez szelestu otworzył zamek drzwi swojego domu, wpełzł do niego niczym jadowity wąż, zamknął się na cztery spusty i po ciemku przeszedł do swojego łóżka. Ściągnął z siebie ubranie, rzucił je gdzieś w kąt i z gracją drapieżnika zajął swoje legowisko. Szczelnie otulił się kołdrą, wyłączył tryb myślenia wierszem i zasnął niemal od razu. Kompletnie nie rozejrzał się po miejscu swojego pobytu. Być może to lepiej... mogłoby to zupełnie pozbawić go snu tej nocy.

Poranek zaczął się dla niego później niż zwykle. Piękna nocna pogoda zazwyczaj jest zapowiedzą słonecznego poranka. Ten dzień jednak okazał się swego rodzaju anomalią, gdyż od samego rana padał rzęsisty deszcz. Niebo zabarwione na szary, nieprzyjemny kolor bez ani jednej szparki, przez którą mogłoby przeniknąć słońce spowodowało, że chłopak obudził się później niż zazwyczaj. Na swoje szczęście tego dnia pracę miał zaplanowaną na godziny wieczorne, więc mógł pozwolić sobie na małe leniuchowanie, jednak nawet to nie poprawiło mu humoru. Czuł się niewyspany, zmęczony i w ogóle nijaki, jak to bywa podczas takiej pogody. Mimo swej romantycznej duszy, bardzo lubił słońce i ładną pogodę. Witamina D pomagała mu w walce z depresją i obniżeniem nastroju. Wstał z łóżka bardzo niechętnie. Chwiał się dziwnie, jakby miał zaraz zasłabnąć albo zwymiotować. Narzucił na siebie ciepły szlafrok i poczłapał w stronę maleńkiej kuchni, gdzie w czajniku nastawił wodę na herbatę. Ziołową. Tylko taką pił, a nie to czarne gówno nazywane potocznie herbatą, choć i o taką było ciężko. Dla chłopaka jednak nie było rzeczy niemożliwych. Z nostalgią patrzył za okno, gdy woda zaczynała powoli swój proces wrzenia. Wszędzie mokro i wilgotno. Wszyscy ludzie w pośpiechu uciekają przed wodą, jakby miała ich zaraz rozpuścić. Niektórzy wydają się być bardziej wściekli niż zwykle. Kolejka po chleb pozostała jednak taka sama. I ten zapach powietrza podczas deszczu. To chłopcu się podobało, dlatego otworzył okno by zaczerpnąć choć trochę tego magicznego aromatu świeżości. Świeżości powietrza. Woda się zagotowała. Olgierd przygotował na stole miód i cytryne. Były to towary dosyć luksusowe, szczególnie miód toteż nie wyjadał ich tak bez powodu. Na brzydką pogodę lubiał się wzmocnić witaminami, gdyż leki były jeszcze cięższe do zdobycia niż słoik miodu i jedna mała cytrynka. Żółty owoc obrał dosyć mozolnie czekając, aż woda nieco ostygnie, by móc nią zalać ziółka i nie odebrać im ich zdrowotnych właściwości. Kiedy dopełnił całego rytuału, zalał kubek i przykrył go talerzykiem. Czekał. Czekał przy stole patrząc tępo w okno. Jego tępota była wielka do tego stopnia, że nie zdołał zauważyć wiszącej na lodówce kartki, którą przy normalnym funkcjonowaniu spostrzegłby wraz z podniesieniem się z łóżka. Myślał nad swoimi wadami; nad tym, co chciałby zmienić, a także wymyślał scenariusze, które nigdy nie musiały się spełnić. I tak do wniosków doszedł takich samych jak zawsze - że jest zdecydowanie ZA słaby, ZA głupi, ZA leniwy, ZA tchórzliwy, ZA brzydki, ZA gruby, ZA, ZA, ZA! Te dwie litery w połączeniu z masą negatywów, którymi idnetyfikował się brunet była cała lista. Ponad połowa z nich nigdy nie miała prawa być zgodną z prawdą. Kto słaby fizycznie mógłby nieść dwoje sierot uciekających przed milicją? Kto słaby psychicznie byłby w stanie żyć w centrum wojny? Kto głupi byłby w stanie pochłaniać książki jak landrynki? Kto leniwy byłby w stanie wstawać zimą o szóstej rano, żeby zrobić bogaty zapas chleba? Kto tchórzliwy odważyłby się, by zadbać również o bezpieczeństwo innych ludzi? Kto brzydki miałby jakichkolwiek klientów w jego branży? Nie wspominając już o otyłości, ale tych faktów nie dało się tak prosto wytłumaczyć młodzieńcowi. Być może romantycy w swej naturze mają również słabe poczucie własnej wartości...
Minęło koło 10 minut, kiedy chłopak pokwapił się na dokończenie herbatkowej rutyny. Kiedy już kubek z gorącym napojem znalazł się na stole chłopak zauważył, że brakuje na tym stole czegoś - śniadania. I dopiero wtedy na jego drodze pojawiła się lodówka. I dopiero wtedy zauważył wiszącą dumnie kartkę wielkości A4 przymocowaną magnesem z danonków do elektrycznej zimnicy zapoisaną zupełnie nie podobnym do jego pismem. Kiedy ten fakt do niego dotarł, z przestrachu odskoczył od lodówki, jakby miała go zaraz zaatakować. Mieszkał sam. Mieszkanie zawsze dobrze zamykał łącznie z oknami, a nagle zauważa list skierowany do niego. Ktoś był w jego mieszkaniu. I to nie było nic z czym Olgierd mógł czuć się dobrze. Być może ta osoba ma klucz do jego mieszkania, być może udało jej się założyć podsłuch, być może go obserwuje. I to nie było śmieszne. To było przerażająca, bo przecież jeszcze poprzedniego dnia pomagał grupie ludzi w ucieczce z łapanki. Cholera wie, czy ktoś go nie podkablował. Podał opis wyglądu i to wystarczyło, by go odnaleźć, pojmać, wywieźć i w najlepszym wypadku oddać do więzienia dla wieźniów politycznych. Nie miał jednak innego wyboru jak ów wypracowanie przeczytać. Wziął więc w swoje drżace dłonie ten świstek, usiadł przy stole i zaczął czytać jego treść.
Olgierdzie
Pozwolę sobie pominąć zbędny wstęp opisujący orgaqanizację Ruchu Oporu w Warszawię, bo myślę, że jesteś na tyle inteligentny, oczytany i znający obecną sytuacją świata, że nie muszę tłumaczyć jak małemu dziecku co to jest. Nie będę też ukrywać, że wiemy o Tobie bardzo dużo. Spokojnie, nie zagłębialiśmy się w kolor Twoich majtek ani w imiona pluszaków, z którymi raczysz spędzać noce. Wiemy tylko to, co jest niezbędne do tego, aby uświadomić Ci i przekonać Cię do dołączenia do nas. Jesteś Obdarzony i sam dobrze o tym wiesz. Powinieneś walczyć po stronie swoich. Marnujesz swoje umiejętności zabawiając dzieci w parku i dorabiając sobie jako " złota rączka " . Wszystko naprawiasz mocą, która nie figuruje jako anomalia, a jednak jest niezwykle imponująca i przydatna. Twoja moc i umiejętności są w stanie zmienić losy wojny, a nawet ją zakończyć. Oczywiście nie sam, bo są inni niezwykle hojnie Obdarzeni, jednak z Tobą przy Nas nasze szanse rosną o wiele więcej procent niż ze zwykłą osobą z Anomalią.
Nie myśl sobie jednak, że jesteś idealny. Widać, że stać Cię na o wiele więcej, ale z Twoim położeniem rozwój nie ma sensu, bo żyjesz w zwykłym społeczeństwie. Nie musisz się już ze wszystkim ukrywać. Widać, że zależy Ci na zakończeniu wojny, na końcu cierpienia ludzi, z którymi żyjesz i dla których pracujesz. Wiemy, że już chciałeś wstąpić do Ruchu, ale się rozmyśliłeś z nieznanych nam przyczyn. Tym razem masz nawet notę o nas. Zapraszamy Cię do siebie. U nas masz możliwość walki o dobro ludzi, a przy tym nie musisz rezygnować z obecnej formy pomocy, jaką wykonujesz dla mieszkańców naszego miasta. Pomożemy zapewnić Ci byt i rozwój swoich umiejętności. Zapewne będziesz chciał poznać szczegóły, o których nie ma sensu się tu rozpisywać.Możemy się spotkać jutro w pubie przy ul. Wawrzyńca 37 o godzinie 16:00.
Oddział Rekrutacyjny
Fajka
P.S - Nie, nie masz żadnej gwarancji, że to nie podstęp, ale i tak z ciekawości przyjdziesz, bo mały oddział nie jest w stanie Cię nawet drasnąć.
Olgierdowi kamień spadł z serca... po części. Miał do wyboru dwie opcje - dobrą i złą. Dobra była taka, że to rzeczywiście mógł być Ruch Oporu, bo przecież nie rozwieszają po mieście ogłoszeń o chęci przyjęcia nowych Obdarzonych, lecz zła była taka, że w istocie mógł być to podstęp. Czy chciał dołączyć do Ruchu? Oczywiście! Od dawna, ale... nigdy nie znalazł na tyle odwagi, aby zacząć ich poszukiwać. Być może to oni znaleźli go pierwszego...
Brunet odłożył kartkę na stół i upił pierwszy łyk herbaty.
- Spokojnie - powiedział do siebie - Trzeba myśleć racjonalnie - i miał już pewien plan. Chłopak był człowiekiem, który lubił dmuchać na zimne w każdej sytuacji, czyli musiał mieć co najmniej dwa plany awaryjne, żeby podjąć się jakiegoś bardziej skomplikowanego zadania. Wolał przyjąć gorszy scenariusz. Płacz, strach i zgrzytanie zębów nie były mu w stanie pomóc, więc uspokoił swoje emocje i chęć poddania się. Tego wieczoru miał jeszcze czas, aby znaleźć dla siebie nowe lokum na najbliższy czas. Być może wojsko właśnie teraz go obserwuje przy pomocy zainstalowanych kamer. Nie było więc mowy o tym, żeby tylko zmienić mieszkanie, należało się na jakiś czas skryć pod ziemią jak szczur. I to Olgierd postanowił - spakować swoje rzeczy i wszystkie wynieść do piwnicy, gdzie udałoby mu się zrobić podziemny tunel, w którym w razie niebezpieczeństwa mógłby się ukryć. Nie miał poczucia obserwowania, ale przeczucia ludzkie często mylą ich właścicieli, więc alchemik bez pośpiechu zabrał się za pakowanie najpotrzebniejszych rzeczy. Wizja opuszczania swojej kamieniczki nie była niczym miłym, lecz ponad wszystko brunet cenił swoje życie. Wieczorem wraz z wyjściem do pracy chłopak miał tej nocy nie wrócić do swojego domu.
Do wieczora zajmował się papierkową robotą, by w razie kłopotów mieć w miarę pozamykane sprawy. Rozliczył wszystkie pieniądze i na jaki nocleg go stać. Nie bał się aż tak bardzo jak na początku. Zaufał swoim umiejętnościom i mocy, która była w stanie powalić całą armię w konwulsjach z powodud bólu uszu, jednak dobra organizacja, której nie brakowało armii mogła skutecznie się go pozbyć na przykład poprzez snajperów. Kiedy zbliżała się już 18:00 chłopak zaczął zbierać się do pracy. Ubrał się w większym pośpiechu niż zwykle, bo nie oszukujmy się, chciał jak najszybciej opuścić mieszkanie i znaleźć się gdzieś, gdzie ma większe pole do popisu. Zabrał walizkę i wyszedł zamykajac drzwi, choć przypomniał sobie, że to i tak nie uchroni jego małego królestwa od najazdu wrogich wojsk. Było to jednak mało istotne, ponieważ zabrał wszystko, co miało znaczenie. Tego wieczoru miał spędzić wieczór ze swoją klientką Sashą - z pochodzenia Rosjanką ukaraną za współpracę z wojskiem poprzez obcięcie włosów i oblanie twarzy kwasem. Nieprzyjemny widok i to była jedna z niewielu rzeczy jakie nie podobały się Olgierdowi w działaniu Ruchu Oporu. Był w stanie zaakceptować obcięcie włosów, bo wstyd i poczucie winy są, a włosy z czasem odrosną, jednak twarz po kwasie nigdy się nie zregeneruje. Tym bardziej, że Rosjanka dużo przez ten kwas straciła, bo była piękną kobietą, co było widać po tej połowie twarzy, która nie została zniszczona. Olgierd jednak znał ją już bardzo dobrze i jej charakter, więc nie zwracał już uwagi na wygląd. Żałował tylko, że żaden mężczyzna nie chce dać kobiecie szansy, bo mógłby zupełnie przypadkiem zdobyć tylko dla siebie ogromny skarb. Oczywiście kobieta widząc walizkę od razu zapytała o powód, jednak Olgierd jak to on nie pisnął ani słówka o swoim problemie. Wszystko zamiótł pod wymówkę zalania mieszkania i niechybnego remontu. Noc u kobiety odpadała, bo wiadomo, że mogłoby się to źle skończyć, lepiej nie kusić chętnej kobiety. Po czterech godzinach dosyć męczącej pracy chłopak postanowił spędzić noc w hotelu niedaleko. Nawet się nie rozpakowywał tylko od razu położył spać. Miała to być jedna z tych nocy, w których kilkakrotne pobudki z powodu obaw i koszmarów były czymś zwykłym.

< Fajka? >

[NASTĘPNA CZĘŚĆ]

piątek, 6 kwietnia 2018

Od Kordiana CD Stefki

Pomieszczenie było niezwykle ciasne, a ogromny wybór wszelakich kwiatów i produktów do nich potrzebnych był naprawdę duży. Właściciel lokalu doskonale zaplanował umeblowanie, gdyż mimo przepychu, wszystko miało swoje niezmienne miejsce. Olgierd nie miał jednak zamiaru zmieniać decyzji. Podobał mu się ten bukiet, który wziął ze sobą do środka. Myślał jeszcze nad kupnem kwiatu w doniczce, jednak zrezygnował, gdyż wiedział, że jego klientka jest w takim stanie, że nie może zaopiekować się sobą, a co dopiero kwiatkiem. Nie mówiąc o człowieku.

Sprzedawca zaproponował kupno wazonu. Tradycyjna śpiewka, by komuś jeszcze coś wcisnąć do zakupu, ale nie było to nic złego. Brunet ucieszył się w sumie na propozycję wazonu, a kiedy chwilkę pomyślał, przypomniał sobie, że w ostatnim czasie, kiedy starsza kobieta wpadła w furię rozbiła swoich chyba ze cztery, więc… bukiet mógł trafić do szklanki.
- A ma Pan jakiś taki wazon… no wie Pan… taki wykwintny? Taki porcelanowy z jakimś eleganckim wzorem? Osoba, dla której to kupuję bardzo lubi klasykę – przedstawił swoje zapotrzebowanie. Mężczyzna na te słowa nieco się zdziwił, jakby żądania chłopaka były czymś dziwnym, ale nie były. Powód zaskoczenia był inny, ale Litwin go nie znał.
- Myślę, że znajdę coś odpowiedniego – odpowiedział serdecznie i zrobił parę kroków za siebie, gdzie stały sterty jeszcze nie rozpakowanych kartonów. Po kolei odcinał taśmę i otwierał kolejne pudła. Chłopak w tym czasie rozglądał się po pomieszczeniu. Zauważył niedaleko swoich rąk gazetę, a właściwie krzyżówkę. Leżał na niej niezatkany długopis. Oggi obrócił ją lekko w swoją stronę, by zobaczyć jakie są hasła. Większość z nich była nierozwiązana. Chłopak uśmiechnął się pod nosem, kiedy zobaczył, że jednym z rozwiązań jest stolica jego ojczyzny.
- Co Pan myśli o tym wazonie? – spokojnym głosem spytał sprzedawca. Tym pytaniem wybił chłopaka z rozmyślań nad krzyżówką i poszukiwań w głowie haseł. Zdezorientowany spojrzał na rudego mężczyznę, a potem na wazon. Był w ciemnym, bordowym kolorze ze srebrnymi wzorami w kształcie kwiatów. Pięknie błyszczały się w promieniach letniego słońca.
- Aż szkoda mi go oddawać… jak ma być rozbity jako kolejny – pomyślał i sam zaśmiał się w duchu z siebie i ze swojego chwilowego egoizmu – Jest piękny – powiedział do mężczyzny – Wezmę go – oświadczył. Brodacz z zadowoleniem skinął głową i zabrał się za ładne pakowanie. W sumie… nie musiał tego robić. Za pakowanie na przykład na prezent również można było brać drobną opłatę, ale chłopak przypomniał sobie, że nie zna zupełnie cen w kwiaciarni, więc jeśli sprzedawca wyskoczy z jakąś wielką ceną, to będzie miał problem z zapłatą, ale liczył na to, że cena bukietu nie wynosi 50 zł. Ponownie wrócił wzrokiem do krzyżówki i odgadywał kolejne hasła. Nie pochodził z Polski, ale doskonale znał ten język. Nie znał wszystkich słów, raczej nikt, nawet rodowity Polak ich nie zna, ale jeśli obcokrajowiec jest w stanie rozwiązywać krzyżówki to jego znajomość języka jest naprawdę dobra.
- Proszę – na ladzie została położona ładna torebeczka, w której zapewne był wazon, a zaraz obok bukiet – To będzie razem 40 zł – oznajmił. Olgierd sięgnął do swojego portfela i wyciągnął dwa banknoty po 20 zł, po czym schował go z powrotem do kieszeni.
- Długo się Pan głowi nad tą krzyżówką? – zapytał żartobliwie.
- No, niestety dosyć długo – odpowiedział brodacz i oparł się o ladę.
- Mogę? – zapytał brunet wskazując palcem na gazetę. Rudy sprzedawca nie miał nic przeciwko. Machnął na tak, mając na twarzy wypisane coś w stylu „ Jeśli chcesz to proszę, powodzenia „. Olgierd obrócił krzyżówkę tak, aby i on i mężczyzna ją widzieli.
- Stolica z Basztą Giedymina i Ostrą Bramą. Giedymin to słynny władca Litwy, zaś stolicą Litwy jest Wilno – wpisał literki w krateczki – Lekceważące zwracanie się do kogoś to dezynwoltura. Marnować czas na próżno to inaczej mitrężyć. Chylenie się ku upadkowi na przykład jakiejś warstwy społecznej to dekadencja. Inaczej rzeczy niematerialne to imponderabilia – kolejne hasła Oggi wpisywał w kratki krzyżówki – Długo Pan rozwiązuje krzyżówki?
- Nie. Skąd… to raczej z nudów, kiedy nie ma ruchu – odpowiedział bez emocji, jakby był zmęczony. A dopiero co obsługiwał Olgierda z radością i entuzjazmem.
- To dosyć trudna krzyżówka, jak dla osoby nie wtajemniczonej w system rozwiązywania. Kiedy już się ich trochę rozwiązuje, hasła się powtarzają – wytłumaczył – Może jednak lepiej spróbować z literaturą? – zaproponował brunet i spojrzał na kwiaciarza. Ten tylko westchnął.
- Mam czytać książki, gdzie pełno cenzury i kłamstw? – zapytał z ironią. Litwin zaśmiał się na to pytanie i rozbawiony odpowiedział.
- A skąd! Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, żeby to Panu proponować – zapewnił – Również nie czytam literatury z księgarni. Szukam w archiwach oryginalnych przekładów poezji i poematów. Może Pan nie uwierzyć, ale… prawie nikt nie czyta TYCH książek – uśmiechnął się, zaś mężczyzna nic na to nie odpowiedział tylko się zamyślił. Nastolatek wziął z lady kwiaty i torebkę, podziękował i już miał odchodzić do drzwi, żegnając się przy tym, kiedy do lokalu wszedł milicjant ubrany w charakterystyczny mundur, w którym chodziły niemieckie oddziały. Brunet znał go, gdyż wojskowy był jednym z jego klientów. Uśmiechnął się lekko na jego widok i przywitał po niemiecku. Mężczyzna skinął czapką, jednak to, co zrobił później wywołało agresję bruneta. Mianowicie Niemiec klepnął go w tyłek, kiedy go mijał po czym się zaśmiał pod nosem. Chłopak w momencie stanął bez ruchu, jak kamienny posąg i nawet nie odważył się odetchnąć, ale kiedy dany czyn trafił do jego świadomości do działu „ Mój honor „ to… odpowiedź nie zapowiadała się miło. Z lekkim drżeniem odłożył torebkę i bukiet na ziemię. Z błędnymi oczami odwrócił się do sierżanta, który stał do niego plecami. Podszedł powoli i zastukał go w ramię. Ten odwrócił się i otrzymał silnego plaszczaka w mordę. Odgłos rozniósł się po lokalu. Nie było to powalające uderzenie, ale haniebne. Nie czekając na opamiętanie Niemca, Olgierd złapał go za fraki i wyciągnął lekko w górę, żeby musiał stać na palcach.
- Nie jestem Twoją dziwką! – krzyknął mu po niemiecku prosto w twarz – Ile razy mam Ci to powtarzać?! Żadnego klepania, dotykania, całowania i seksu! Rozumiesz?! Jak nie pasuje to wywalaj do dziwek za rogiem i nabaw się syfu! A spróbuj, kurwa, coś mi zrobić, a nie pożyjesz… - warknął i puścił ubrania milicjanta. Ten zachwiał się lekko. Na jego twarzy był wymalowany czysty szok. Jeszcze nigdy nie widział chłopaka w takiej furii, choć i tak to nie było jego maksimum. Siedemnastolatek oddychał ciężko i z wściekłością patrzył na Niemca. Obrócił się gwałtownie, zabrał zakupione rzeczy i wyszedł bez słowa na ulicę, gdzie stał jego kolega, ale był zbyt zajęty szlugiem, aby cokolwiek widzieć czy słyszeć. Litwin zrobił kilka szybkich kroków, po czym zaczął zwalniać. Humor dnia tego zszedł z niego momentalnie. Nie miał już ochoty na pracę, ale musiał za coś żyć. Miał tylko nadzieję, że jego klientka nie będzie wyjątkowo uciążliwa.
- Mam dla niej prezent… będzie się lepiej czuła – powiedział do siebie i wrócił do swojego mieszkania. Nie był jeszcze po śniadaniu, więc agresja w kwiaciarni mogła być częścią głodu. Musiał też się przebrać w swój elegancki strój.

< Stefka? Przestraszyłeś się? >

niedziela, 1 kwietnia 2018

Od Kordiana do Stefki

Poranek zaczął się zupełnie zwyczajnie. Olgierd obudził się koło godziny siódmej rano. Długo zajęło mu przyswajanie takiej pory budzenia, ale bardzo chciał być rannym ptaszkiem, który wraz ze wschodem słońca wdycha jeszcze w miarę świeże warszawskie powietrze, robi kilka pajacyków i spacerkiem idzie do piekarni po świeże bułeczki. Romantycy mają sentymenty do takich drobnostek.
Podniósł się z miękkiego łóżka pełnego poduszek i pluszaków. Urocza różowo-żółta pościel zdecydowanie potrzebowała odpoczynku od jego snu, który pełen był przewracania się z boku na bok. Położył stopy na dywanie i siedział tak chwilę. Po chwili wstał, podszedł do okna i otworzył je na oścież. Do jego małego mieszkania wbiło się poranne warszawskie powietrze. Oparł się na parapecie i spojrzał w stronę wschodu, skąd ponad widnokręgiem patrzyło dumnie słońce.

- Słońce na Litwie jest inne – zaczął – Powietrze też – dodał. Przez dłuższy czas stał tak i dumał – Wszystko było lepsze – podsumował i podszedł do szafy, z której wyciągnął swoje robocze ubranie, czyli elegancką koszulę i jeansy z wysokim stanem. Tylko takie nosił. Nie cierpiał biodrówek. Ubrał się i poszedł do łazienki by opłukać twarz zimną wodą. Włosów nie układał. Idealne były w swoim nieładzie. Zabrał dokumenty, portfel i klucze od mieszkania. Wyszedł pospieszne, żeby zdążyć chociaż na ostatnie sztuki świeżego pieczywa.
Na zewnątrz zapowiadał się słoneczny dzień. Dzieci wybierały się do szkoły. Olgierd patrzył na nie oczami pełnymi nadziei i dziecięcej radości, jaka drzemała w nim w ogromnych ilościach, ale czasy już nie pozwalały na to, aby być dzieckiem zbyt długo. Tak bardzo chciałby im powiedzieć, żeby cieszyły się zabawą póki mogą… Zmierzały do szkoły czyli pralni mózgów, gdzie wpajano im jak bardzo mutanci są źli, czyli Olgierd też. Jak mordują, gwałcą, kradną. Czy brunet to robi? Nie… może zabije i troszkę kradnie, ale tylko po to, żeby przetrwać. A to wielka różnica. Dorośli zaś pomykają do pracy, która od czasu okupacji bardzo się zmieniła. Jest wykańczająca, trwa długo, a nie ma co wspominać o prawach pracownika. Zależy też, jak kto się ustawi. Litwin miał to szczęście, że dobrze się ustawił. Inni nie mają takiego szczęścia. Takiego szczęścia nie mają młode prostytutki, które z rana ukrywały się w ciemnych uliczkach i starych opuszczonych budynkach, gdzie przywracały się do porządku po pracowitej nocy. Takiego szczęścia nie mieli chłopcy w jego wieku, którzy nie raz próbują w biały dzień kogoś obrabować. Lub puszczają się jak kobiety. Takiego szczęścia nie mają niektóre sieroty proszące przechodniów o pieniądze lub jedzenie. Olgierd zawsze kupował więcej pieczywa i częstował w nim te dzieci ulicy, których rodzice albo zostali uwięzieni albo przesiedleni. Dobre życie mieli bogaci i Ci, którzy mieli dobre kontakty… albo po prostu umieli dawać sobie radę w takim życiu.
- Czemu tak musi być? – zapytał sam siebie w myślach.
Kiedy zobaczył z daleka piekarnię zobaczył także kolejkę. No tak, swoje trzeba było odstać. Zajął więc miejsce i czekał jak grzeczny obywatel. Ponadto zauważył po drodze żołnierzy na służbie popijających sobie kawkę ze Starbucksa. Zaśmiał się w duchu na ten widok i porównał go sobie z młodymi, którzy ledwo wiązali koniec z końcem. Wojna takimi rządziła się prawami. Jedni musieli tracić człowieczeństwo, żeby żyć inni popijali sobie kawę z najdroższej i najbardziej komercyjnej kwiaciarni ever.
Zanim zdążył kupić świeży chleb minęło trochę czasu. Kolejka nie była ogromna, ale jednak 10 minut trzeba było odstać. Ze spożywczym towarem wracał tą samą drogą. Po drodze wstąpił do kilku ciemnych zakamarków i rozdał część pieczywa, które kupił. Niektórym znanym innym nieznanym osobom, czasami z miłym słowem czasami z obelgą. Różnie było, ale tego dnia nie było najgorzej. Spotkał koleżanki po fachu – Ankę i Zośkę, które za kontenerami restauracji próbowały zrobić sobie pranie przy hydrancie. To nie była dla nich owocna noc. Poznał także Wojtka – młodocianego złodzieja, który próbował mu tydzień temu zwinąć portfel. Nie krzyczał jednak na chłopca, tylko oddał mu dwie bułki. Wojtek obiecał, że nigdy więcej nie będzie próbował okraść Olgierda. Spotkał też typowego warszawskiego menelka, który leżał między chodnikiem, a wgłębieniem w ścianie. Był cały brudny i śmierdzący. Głowę miał opartą o ścianę, a twarz schowaną w czapce. Litwin kucnął przy nim i lekko go obudził. Przywitał się, dał jeszcze ciepły chleb i pożegnał odchodząc do domu. Człowiek wybity z letargu sennego zupełnie nie wiedział, co się dzieje, ale zapewne gdyby wiedział obdarzyłby bruneta wdzięcznym spojrzeniem.
Po drodze chłopak mijał wiele pięknych sklepów. Mijał cukiernię pełną kolorowych wypieków, w których kręciły się rozpieszczone dzieci szukające najbardziej wyszukanych smakołyków; sklep w butami, w którym znał sprzedawcę i dostawał 30 % rabatu na buty; księgarnię, w której pełno było propagandowych i pełnych kłamstw książek; spożywczak, w którym chłopak kupował słodkości, kiedy miał zły nastrój; warzywniak, w którym doskonale znał panią sprzedawczynię, która zawsze dawała mu najlepsze okazy i kwiaciarnię, do której nigdy nie miał za bardzo czasu, żeby zajrzeć. Zatrzymał się przy niej na dłuższą chwilkę widząc wiązanki, doniczki z cebulkami, stroiki i małe okazjonalne bukieciki. Olgierd sięgnął pamięcią do swojego kalendarza, w którym miał zapisanych klientów i klientki. Pierwszą w tym dniu miał Elizę, która była już kobietą w podeszłym wieku żyjącą w bogatej willi. Spokojnie… Olgierd grał tam w szachy, grzał się przy kominku, brał lekcje pianina i oczywiście dyskutował z dojrzałą wdową. Postanowił wyjść poza schemat i kupić kobiecie bukiet czerwonych róż. Z pewnością prezent ucieszyłby kobietę, a warto czasami dać coś od siebie, żeby klient nie myślał, że wszystko robi się tylko dla pieniędzy. Brunet upatrzył sobie jeden ładny, ale skromny bukiecik. Wziął go w dłonie i wszedł do środka, żeby zapłacić.
- Dzień dobry – powiedział donośnym głosem.

< Stefka, mój kwiaciarzu? >

sobota, 31 marca 2018

Od Kordiana do Fajki

Czwartkowy wieczór. Dzień jak co dzień można powiedzieć. Olgierd pod swoim prawdziwym imieniem i nazwiskiem pracuje. A jak pracuje? Oczywiście jako mężczyzna do towarzystwa dla nieszczęśliwych dam, których mężowie albo przymusowo zostali wcieleni do wojska, zostali przesiedleni lub nawet uwięzieni z nikomu nie znanych powodów. Czy chłopaka to obchodziło? Zawsze. Choć nie okazywał tego za bardzo. Myśląc o tym, że nie wiele by brakowało, a stałby się jednym z nich, ciarki przechodziły po całym jego chuderlawym ciele. Zaraz do głowy wbijały się rymy, poematy, ballady, które mógłby napisać o cierpieniu wybitnych mężów, ojców i braci. Nie krył się z nimi. Wygłaszał je na głos zdobywając zbolałe serca swoich klientek, które jeszcze bardziej wtulały się w niego i płakały po ogromnych stratach. To lubił w tej pracy i może… w tej wojnie? Ludzie szukali nie tyle przygód erotycznych, co po prostu zrozumienia, rozmowy, troski, bliskości i możliwości wygadania swoich problemów bez strachu, że i one zostaną aresztowane. Oggi nie był jednym z tych, którym zależało tylko na pieniądzach. W rzeczywistości zawierał ogromne przyjaźnie ze swoimi klientami i klientkami. Zdarzało się nader często, że nie brał opłaty albo przekazywał ją na podziemny Kościół. Nie były to łatwe decyzje. Wybrać pomiędzy sytym obiadem, a dziesięcioma obiadami dla biednych i poszkodowanych. Jednak brunet zawsze wybierał cudze dobro.
Tego dnia lokal był wyjątkowo zadymiony. Mogłoby się wydawać, że gości otaczała magiczna mgła, które spowalniała biegnący z zawrotną szybkością czas. W tle grała wolna muzyka do wolnego, intymnego i subtelnego tańca. Niektórzy bujali się w jej rytm na parkiecie jakby otumanieni magiczną mgłą. Olgierd siedział wygodnie oparty na skórzanej kanapie. Po jego prawej stronie leżała jego klientka wtulona w silniejsze niż komukolwiek mogłoby się wydawać ramię poety. Chłopak ze zmęczeniem obserwował towarzystwo i sam zaczął źle się czuć. Nadmiar dymu zdecydowanie mu nie służył. Westchnął przeciągle i wziął kolejny łyk soku. Barbara, bo tak miała na imię jedna z jego stałych klientek, spała wtulona w jego ciało, ale to nie był miły syn. Co chwila marszczyła oczy i stękała, co było znakiem, że obrazy, które widzi przed oczami nie są dla niej miłe.
- Sny to wiadomości od Boga – powiedział do siebie szeptem – Nie należy ich przerywać – dodał po czym ponownie zamilkł na dłuższą chwilę. Patrzył tępo przed siebie pozwalając sobie na małą retrospekcję, w której przypominał sobie pewne nostalgiczne momenty z życia. Lekko i powoli sięgnął do kieszeni swojej marynarki i wyciągnął z niej paczuszkę eleganckich niemieckich papierosów. Wyjął z opakowania jednego i włożył do ust. Paczkę odłożył na miejsce, by nie kusić losu zgubieniem wcale nie tanich szlugów w barze pełnym sępów. Z wewnętrznej kieszeni kamizelki wyciągnął zippera, którego nabył za niewielkie pieniądze na podziemnym pchlim targu, gdzie ludzie sprzedając pamiątki rodzinne i towary zagraniczne próbowali się utrzymać w czasach wojny. Odemknął i zapalił papierosa od mocnego płomienia. Kiedy miał już wolną rękę, powoli i z nostalgią zaciągał się kolejnymi dawkami dymu. Jakby wokół niego było nie dosyć dziwnej mglisto-dymnej poświaty, wypuszczał kolejne ilości dymu z ust. Myślał. Myślał o tym, jak bardzo grzeszne ma życie. Jak bardzo odwraca się od Boga i mimo, że spowiada się regularnie co tydzień, nadal popełnia te same grzechy, nie próbując się nawet poprawić. Ale jak inaczej mógłby zarobić na życie? Nie mógł, ale mógł żyć pobożnie w bocznych uliczkach jedząc resztki z okolicznych knajp. Przecież dla Boga trzeba poświęcić wszystko, bo po śmierci człowiek dostaje nagrodę za ciężkie życie na ziemi. Zresztą… czym jest teraźniejszość wobec wieczności? Niczem. Prochem. Człowiek za wszelką cenę powinien dążyć do Boga, nie do wygody życia…
I gdyby nie to zamyślenie to zapewne od razu zauważyłby, że dym zaczyna się poruszać w różnych kierunkach jednak do jednego celu – do jego osoby. Z letargu został wybity dopiero wtedy, kiedy centralnie przed jego twarzą zaczęła się formować postać przypominająca człowieka. Jego wyraz twarzy nie zmienił się do momentu, kiedy ów postać przybrała idealnych kształtów kobiecego ciała i wyrazu twarzy. Jego szczęka momentalnie opadła w dół, źrenice zmniejszyły się do rozmiarów ziarenek pszenicy a temperatura diametralnie wzrosła. Zamrugał kilka razy i popatrzył na palonego papierosa.
- Co do cholery? – zapytał przyciszonym głosem i spojrzał na kobietę. Miała delikatne rysy ciała, subtelnie zaokrąglone biodra i oznakę szczodrości Matki Natury w postaci pięknych, jędrnych piersi. I można by pomyśleć, że do Olgierda przybył anioł z Boskim posłannictwem, jednak twarz owej zjawy nie wydawała się być anielską. Miała harde, nieustępliwe spojrzenie nieakceptujące żadnego sprzeciwu, brwi skrzywione w oznace odrazy i wrogości wobec obiektu objawienia, a także usta, które jak na oko Olgierda nie śmiały się od dobrych kilku stuleci, jeśli mówiliśmy o duchu.
- Musicie stąd uciekać – oznajmiła na samym początku zimnym, oschłym tonem, aż bruneta przeszył dreszcz. Ten chłód przeszedł aż do mózgu chłopaka mrożąc na chwilę wszystkie rymowane myśli, jakie chciał wtedy powiedzieć. Jednak jeden fakt był niezaprzeczalny – jakaś być może pozaziemska lub Boska osoba stała właśnie przed nim. A on siedział po prostu i w zasadzie kompletnie nie wiedział co ma powiedzieć. Był cały sparaliżowany ze strachu. Nawet nie zauważył, że przestał oddychać. Postać na ten widok wydała się być zażenowana. Wykręciła donośnie oczami i ponownie zmierzyła Oggiego zimnym spojrzeniem.
- Jak chcesz zginąć zabity przez SS to proszę bardzo. Mi to nie robi różnicy – wyrzekła chłodno. Młodzieniec jeszcze raz uważnie przyjrzał się swojemu szlugowi i stwierdził szybko, że to na pewno oryginalny papieros bez żadnych szatańskich domieszek. Ponadto na pewno nie Boskie posłannictwo, prędzej szatańskie zważając na ton głosu i wyraz twarzy. Nie ważne. Chęć życia chłopaka nie pozwalała mu na pogodzenie się tym razem ze swoją duszą romantyka, która nakazywała pleść ballady o zjawisku, które się przed nim ukazało. Obudził więc Barbarę, która wybita ze snu kompletnie nie wiedziała, co się dzieje. Prawdopodobnie nie zauważyła nawet owej postaci, choć… może nie miała możliwości jej zobaczyć. Z pewnością była zwykłym człowiekiem. Postać przemieściła się bliżej cienia i dodała.
- Ratuj każdego kogo zdołasz – i rozpłynęła się, na powrót stając się mglisto-dymną poświatą. Chłopak szybko zgasił papierosa, by nie wywołać żadnego pożaru rzucając go gdzieś w bok i rzekł do swojej klientki.
- Musimy stąd uciekać. Bardzo szybko. Zabierz swoje rzeczy i biegnij na górne piętro. Tam się spotkamy – i już chciał iść ratować innych, ale kobieta zatrzymała go.
- Ale Oggi… co się dzieje? Dlaczego mam uciekać? O co chodzi? – zadawała masę pytań, na które sam chłopak nie znał odpowiedzi. Zdenerwował się trochę jak to w obliczu śmierci.
- Po prostu idź, nie pierdol. Jak chcesz żyć to w podskokach biegnij na poddasze i zgarniaj po drodze każdego kogo zdołasz, rozumiesz?! – krzyknął jej w twarz. Czarnowłosa zesztywniała ze strachu, jej oczy zalały się łzami jednak po kilku sekundach zaczęła szaleńczo biec w stronę schodów, a potem w górą na poddasze. Olgierd tylko słyszał, jak po drodze budzi gości siedzących przy stolikach dla VIP’ów. W tym czasie czarnowłosy myślał jak uratować tyle ludzi przed niemiecką milicją. Gdyby krzyknął, że zaraz wparują SS-mani wszyscy by się pozabijali, żeby wyjść przez główne lub tylne drzwi, a znając życie tam spotkałoby ich rozstrzelanie. Pobiegł więc między stolikami do sceny i zabrał mikrofon leżący koło DJ’a.
- Proszę Państwa, nie śpimy! Zabawa nadal trwa. Klub przygotował niespodziankę. Pokaz sztucznych ogni! – na te słowa tłum zawtórował oklaskami, krzykami i gwizdami zadowolenia – W tym celu wszyscy przenosimy się na dach. Proszę zgarnąć ze sobą śpiących przyjaciół. Nikogo nie może to ominąć! Zapraszamy! – dodał zachęcająco i napotkał wściekły wzrok DJ’a, który zapewne plan na ten wieczór znał doskonale. Już chciał się rzucić na chłopca, ale ten wyciągnął swój mały rewolwer i wycelował w mężczyznę, który na widok broni momentalnie zbladł.
- Spróbuj tylko pisnąć słowo, a Cię zastrzelę. Zaraz wparują tu SS-mani. Jeśli Ci życie miłe to radzę… wypierdalaj na dach! – warknął niesympatycznie Oggi. Muzyk bez słowa ominął uzbrojonego siedemnastolatka i szybko zaczął zmierzać do schodów. Sala zaczęła pustoszeć. W tym czasie Olgierd porysował na ścianach przy wejściu i oknach podstawowe kręgi transmutacyjne, które przez pośpiech nie były dziełami sztuki, jednak były w stanie pełnić swoją funkcję. Chłopak niesamowicie się spieszył. Jego myśli były wszędzie i nigdzie jednocześnie. Coś mu mówiło, żeby ratował siebie po to on jest poetą i gniazdem zasilającym naród, jednak jego wiara i przekonanie o wartości poświęcenia życia za innych ludzi nie pozwalała mu pozostawić tych osób samym sobie. Kiedy kończył rysowanie ostatniego zaczął czuć dudnienie ziemi jakby od marszu i jazdy. Do uszu dochodziły mu krzyki i szumy oddziału. Nie był nieziemsko wielki, ale był w stanie z łatwością zabić całe towarzystwo z klubu. Ponadto Olgierd go nie widział, więc nie mógł być pewien liczebności. Przebiegł szybko na środek sali o mało co nie przewracając się na jednym ze schodów. Narysował ostatni okrąg na ziemi i przyłożył do niego dłonie. Po pomieszczeniu zaczęły poruszać się niebieskie błyskawice, które dążyły do jednego z kręgów na ścianach. Po kilku sekundach podłoga zaczęła się obniżać. Materiał, z którego została wykonana przenosił się na drzwi i okna tworząc mur z betonu i paneli. Z pewnością było to w stanie opóźnić akcję wojska, które może się zdziwić na widok takich umocnień. Tym bardziej, że nie spodziewało się, że goście się spodziewają. Kiedy już zaczęli otaczać budynek, Olgierd szybko się stamtąd wycofał. Wbiegł po schodach na pierwsze piętro, a potem na drugie. Nikogo nie spotkał po drodze. Nie mógł poświęcić czasu na to, żeby sprawdzać pokoje i łazienki. A przynajmniej nie wtedy. Musiał pomóc uciec tym, którzy byli na dachu. Od biegu brakowało mu już tchu, ale strach i adrenalina sprawiały, że stawał się innym człowiekiem. Było go stać na o wiele więcej niż normalnie.
Na poddaszu stali już troszkę zniecierpliwieni goście. Hałasy z dołu powodowały to, że nie było słychać rozmów i krzyków z góry. Olgierd przepchnął się przez tłum i znalazł się na krawędzi dachu. Jedyną szansą na przeżycie tych ludzi było zrobienie mostu prowadzącego od dachu klubu do następnych i następnych i następnych… tak by mogli spokojnie się rozejść i ukryć. Bez ociągania siedemnastolatek zaczął resztką kredy rysować małe okręgi na betonowej obudowie dachu. Nim ludzie zorientowali się, co się dzieje, most na drugą stronę już był gotowy. Zaczął zaganiać wszystkich do przejścia, ale nie wszyscy chcieli dać się tak od razu. Wtedy chłopak w swojej niecierpliwości i złości łapał takiego delikwenta za kłaki i pokazywał drugą krawędź dachu, gdzie oddział próbował przejąć budynek. Wtedy taki osobnik pierwszy pchał się do mostu informując innych o tym, co zobaczył. Zaczęła rozwijać się wśród gości panika, a ich głosy zaczęły być równe z głosami z dołu. Jeszcze chwila, a mogliby zostać wykryci. Chłopak nie dość, że bał się o życie swoje to jeszcze o życie innych. Cały trząsł się ze strachu, złości i bezradności. Jego najmniejszy błąd mógł kosztować życie tak wielu ludzi, a oni zamiast z nim współpracować to darli mordy i szaleli, jakby nie mogli po prostu w ciszy przeżywać myśli o śmierci. Było wiec tylko jedno wyjście… chłopak przebiegł na drugi dach wyprzedził tłum i stanął przed nim. Wyciągnął swoją nikłą spluwę, ale jednak spluwę i skierował w stronę tłumu. Oczy każdego, dosłownie każdego były pełne przerażenia i strachu. Oggi nie miał zamiaru ich zabijać, to było oczywiste, ale musiał ich uciszyć. Położył palec na ustach nie spuszczając broni z celu. Wszyscy zrozumieli komunikat. W momencie jedyne co słyszał to strzały, wybuchy i przekleństwa z dołu. Przechodzili dalej. Z dachu na dach. Brunet tworzył kolejne mosty, by wyprowadzić lud jak najdalej. Kiedy wraz z grupą znajdowali się już z dala od wojsk, Olgierd zarządził powolne rozdzielanie grupy. Wypuszczenie wszystkich na raz wywołałoby podejrzenie. Na każdym kolejnym budynku wypuszczał po 7 osób, które już we własnym zakresie musiały jakoś zejść na parter i rozejść się tak, aby nie wzbudzić niczyich podejrzeć. Zajęło to chłopakowi dobrą godzinę, jednak początkowa akcja z pistoletem sprawiła, że nikt nie ośmielił mu się sprzeciwić. Tym bardziej jeśli ktoś połapał się, że dzięki alchemii może sobie zrobić kałasznikowa i wszystkich rozstrzelać na miejscu. Kiedy odprowadził ostatnie dwie osoby postanowił wrócić na miejsce rozejrzeć się, jak potoczyły się sprawy. Samotny powrót mostami był o wiele szybszy. Poza tym… musiał usunąć jakiekolwiek oznaki swojej działalności. Starał się być jak najbardziej niepozorny w swojej wędrówce, ale był wieczór. Noc rozwijała nad chłopakiem ciemny płacz tajemniczości i mroku. Nikt o zdrowych zmysłach lub prostym umyśle nie spędzał rozgwieżdżonej nocy pod gołym niebem na dachu swojego domu. Poza tym… jaka była pewność, że nie zaatakuje helikopter wojskowy, który czasami robił krótkie patrole nad miastem?
Brunet powolutku docierał do miejsca, gdzie był planowany atak na klub. Kiedy zbliżał się do budynku, robił to o wiele ostrożniej niż dotychczas. W jednej kieszeni w zasięgu ręki miał kredę, w drugiej ręce trzymał swój maleńki rewolwer. Wokół panowała zupełna cisza. Chłopak wziął kilka wdechów i wychylił się. Nie zobaczył jednak nic co mogłoby go zaskoczyć. Trochę ruin związanych z próbami dostania się do budynku, kilku kręcących się tu i ówdzie milicjantów oraz zapewne całą bandę biegłych w środku, którzy mieli za zadanie rozpracować zjawisko, które wydarzyło się w środku. Odetchnął cicho i schował się ponownie. Stwierdził, że nie ma sensu pokazywać się w otoczeniu klubów przez najbliższy czas. Szybko i zwinnie uciekł z miejsca zdarzeń, by odpocząć i ułożyć sobie wszystko w głowie.
Od ponad trzech godzin panowała godzina policyjna, ale chłopak nie miał zamiaru spacerować po największych i najbardziej za dnia ruchliwych parkach w Warszawie. Skakał z dachu na dach niwelując po sobie ślady, aż znalazł się na dachu swojej kamienicy. Wynajmował tam maleńkie mieszkanie, które jak dla jednego małego poety było przytulną ostoją spokoju. Olgierd usiadł na krawędzi. Rozejrzał się wokoło, ale nikogo nie zauważył ani nie usłyszał. Nadal nie mógł uwierzyć w to co się stało. Spojrzał na swoje ubranie. Był cały z kurzu. Gdzieniegdzie zauważył przetarcia, dziury i strzępienia eleganckiego ubioru. Westchnął zniechęcony.
- Trzeba zainwestować w nowy – powiedział do siebie i sięgnął do kieszeni po paczkę swoich papierów, które obecnie były jedyną formą relaksu, na jakie mógł wtedy sobie pozwolić. Odpalił zapalniczką i zaciągnął się rakotwórczym dymem. Nie minęła minuta, jak całe emocje opadły i na powrót do ciała powrócił duch – duch wrażliwego romantyka z depresją.
Całe wydarzenie, jakiego był świadkiem powróciło jak bumerang. Chłopak podsunął pod siebie kolano, oparł na nim łokieć, a na dłoni osadził ciężką od smutku i strachu głowę. Palił powoli, a po policzkach kolejno spływały mu łzy.
- Co to było w ogóle… - zaczął – Kuźwa… - jego umysł pełen był dziwnych myśli, pytań, na które nie znał odpowiedzi. Na dodatek stres sprawił, że dostał migreny – Boli mnie głowa… - westchnął. A mimo to palił dalej, jakby palenie szluga ukoiło jego ból.

< Fajka? Co ty robiłaś przez ten czas? ;3 >