Po telefonie od tamtej dwójki od razu zmierzyłem do nich ścieżką ich obchodu. Znałem na pamięć większość z nich. Bo jak już wcześniej zaznaczyłem, obchody w naszej branży to nieustanna rutyna. Podejrzewam, że nie tylko ja zapamiętałem doskonale swoją ścieżkę, ale jak i część żółtodziobów. Nie potrzeba wiele czasu by się jej nauczyć a zmiany w kierunkach obchodu są dosyć rzadkie. Zwykle zmieniamy go w momencie kiedy robi się niebezpiecznie.
W oddali zauważyłem już mundury, który nawet z takiej odległości już salutują. Westchnąłem zniesmaczony tym jak dobrze powiodło mi się w wojsku. A tego wojska tak bardzo nienawidziłem.
- Panie Schoch, znaleźliśmy coś co mogło należeć do kogoś z zewnątrz - krótko, zwięźle i na temat określili w czym rzecz.
-Proszę - odparłem tylko wiedząc o umiejętnościach dwójki niby zwykłych porządkowców. Zdecydowanie przydział ograniczał ich możliwości. Powinni zostać przeniesieni do wywiadu. Powinienem był o to ubiegać już wcześniej lecz z drugiej strony straciłbym bym dwóch najlepszych ludzi. Wolałbym mieć kogoś kto zna się na czymkolwiek. Zostanie samemu z bandą bezmyślnych idiotów to ponad moje siły.
Pokazali mi małe urządzenie, które wyświetliło mapkę z czerwonym znaczkiem, miejscem gdzie aktualnie się znajdujemy. Ściągnąłem brwi ku sobie popadając w zadumę.
-Gdzie to znaleźliście? - spytałem na co wskazali mi miejsce wylotu uliczki.
Chwileczkę, czy to nie czasem...? Verflucht... Mogłaby być ostrożniejsza. Z nieba nie spadają takie rzeczy. Wziąłem sprzęt i zacząłem zmierzać pospiesznym krokiem ku placu. Tam od razu znajdę kogoś z wywiadu albo korpusu naukowego. Zbadają odciski palców i spróbują je zidentyfikować z kimś zarejestrowanym i znajdujących się w dokumentach. Każdy obywatel w tym wieku podaje odcisk palca do późniejszej identyfikacji.
Telefon zawibrował dwa razy. Sygnał o zamieszkach i wezwaniu. Zerknąłem na miejsce i przekląłem pod nosem. Schowałem telefon i pognałem by jak najszybciej zjawić się na placu. Odgłos szarpaniny i krzyków nienawiści był zadziwiający. Brak strzałów. Wyjąłem swój mały pistolet i strzeliłem ostrzegawczego. Oczywiście wystrzeliłem w górę, nie w ludzi.
Cywile wydawali się być zdezorientowani przez moment nie wiedząc co mają dalej zrobić. Nasi również nie byli lepsi ale okazali się być szybsi. Obezwładnili część buntowników a potem ustawili w szeregu. Część zdążyła zwiać a część po prostu stała i się przyglądała. Parę osób było przytrzymywanych przez kilku porządkowych. Surowym okiem oceniłem całą gromadę. Wśród nich zauważyłem parę znajomych twarzy co niezwykle mnie zirytowało. Mogą próbować mnie przekonać do uwolnienia z aresztu ale niestety moja cierpliwość się kończy. I nie w taki sposób walczy się o pokój. Będąc totalnie nieprzygotowanym. Z resztą to i tak bez sensu.
Nie pytałem o nic nikogo. Trwała cisza a jeśli ktokolwiek się odezwał, po prostu został zignorowany. To byli cywile i nie mogliśmy potraktować ich jak mutantów. Dla nich był zawsze ratunek.
-Aresztować! - wrzasnąłem komendę i stojąc w tym samym miejscu przyglądałem się jak zabierają tych ludzi na dawne komisariaty. Kiedy wszyscy zniknęli mi z oczu pospieszyłem do samochodu, którym udałem się do Vinzenza. Tam z pewnością będzie czekała na mnie rozmowa. Ciekawe ile osób się na mnie powoła.
(Rene?)
M
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Friedrich (O). Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Friedrich (O). Pokaż wszystkie posty
piątek, 29 czerwca 2018
Od Friedricha CD Cedrika
Wsiadłem do samochodu trzaskając drzwiami. Wyciągnąłem z kieszeni ubrań cywilnych paczkę fajek. Odpaliłem jednego wciągając trujący dym do płuc dla uspokojenia. Postukałem chwilę palcami w kierownicę, spuszczając szybę. Nie wierzyłem w to, że kiedykolwiek ktoś mnie tak zdenerwuje. A jednak. Jestem człowiekiem, raczej mi wolno. Wypaliłem do końca papierosa, którego wyrzuciłem za szybę. Padał deszcz więc nie musiałem martwić się o żadne podpalenie. Odpaliłem samochód podnosząc szybę i ruszyłem przed siebie. Musiałem koniecznie udać się w pewne miejsce, niezwłocznie. Nie zważałem na prędkość jaką osiągam. Całkiem spokojny ufałem swoim zdolnościom w tą paskudną pogodę. Prze de mną nagle znikąd pojawiła się biegnąca postać. Instynktownie wcisnąłem hamulec, przez co z pewnością będę musiał wymienić opony. Poczułem jak z ogromną siłą uderzam w postać. Serce załomotało mi w piersi. Po zatrzymaniu samochodu wyskoczyłem z samochodu.
-Nie ruszaj się, zaraz zadzwonię po karetkę - powiedziałem spokojnie, pewnym ruchem wyciągając telefon. Wiedziałem co robić. Nie takie rzeczy moje oczy widziały.
Podszedłem do niego wybierając numer pogotowia ratunkowego. Miałam nacisnąć zieloną słuchawkę żeby mnie połączyli jednak ruch jego ręki mnie powstrzymał. Powinna być złamana przynajmniej z przemieszczeniem.
-Nie będzie to konieczne- mruknął jedynie i jak gdyby nigdy nic wyprostował sobie rękę. Żadnego skrzywienia.
Wstał z ziemi i otrzepał się z kurzu. Tak po prostu. Jakby jedynie go drasnął przy niedużej prędkości. Uniósł brew jakby nie rozumiejąc o co mi chodzi. Takiego czegoś nigdy nie widziałem. Autentycznie byłem w szoku. Mutant, tak pewny siebie, że to aż niespotykane. Powinien był dawno uciec, nie musiałbym go zwerbować. Zerknąłem na karoserię samochodu, która jakoś wytrzymała wypadek.
-Koleś, w takim wypadku ciesz się, że nic nie uszkodziłeś. Płaciłbyś odszkodowanie - przymrużyłem oczy niby żartując niby nie. Mężczyzna prychnął zerkając na auto.
-To ty mnie potrąciłeś a raczej nie masz już na to dowodów - odparł z lekkim, drwiącym uśmieszkiem. Odpowiedziałem mu tym samym uśmiechem.
-No, ale zapraszam cię do samochodu - wskazałem siedzenie obok kierowcy. Mutant uniósł brew tym razem on nie wiedząc o co chodzi. Otworzyłem drzwi wyjmując z szuflady swoje dokumenty a między innymi zaświadczenie o swoim statusie. - Może i nie służbowo ale jednak - wzruszyłem ramionami. - Zapraszam.
Otworzyłem drzwi pasażera wlepiając twarde, żołnierskie spojrzenie. W tym momencie całkiem zapomniałem że pada deszcz i obaj jesteśmy cali przemoczeni. No cóż, może mój samochód to jakoś przeżyje.
(Cedrik? Wybacz XD)
-Nie ruszaj się, zaraz zadzwonię po karetkę - powiedziałem spokojnie, pewnym ruchem wyciągając telefon. Wiedziałem co robić. Nie takie rzeczy moje oczy widziały.
Podszedłem do niego wybierając numer pogotowia ratunkowego. Miałam nacisnąć zieloną słuchawkę żeby mnie połączyli jednak ruch jego ręki mnie powstrzymał. Powinna być złamana przynajmniej z przemieszczeniem.
-Nie będzie to konieczne- mruknął jedynie i jak gdyby nigdy nic wyprostował sobie rękę. Żadnego skrzywienia.
Wstał z ziemi i otrzepał się z kurzu. Tak po prostu. Jakby jedynie go drasnął przy niedużej prędkości. Uniósł brew jakby nie rozumiejąc o co mi chodzi. Takiego czegoś nigdy nie widziałem. Autentycznie byłem w szoku. Mutant, tak pewny siebie, że to aż niespotykane. Powinien był dawno uciec, nie musiałbym go zwerbować. Zerknąłem na karoserię samochodu, która jakoś wytrzymała wypadek.
-Koleś, w takim wypadku ciesz się, że nic nie uszkodziłeś. Płaciłbyś odszkodowanie - przymrużyłem oczy niby żartując niby nie. Mężczyzna prychnął zerkając na auto.
-To ty mnie potrąciłeś a raczej nie masz już na to dowodów - odparł z lekkim, drwiącym uśmieszkiem. Odpowiedziałem mu tym samym uśmiechem.
-No, ale zapraszam cię do samochodu - wskazałem siedzenie obok kierowcy. Mutant uniósł brew tym razem on nie wiedząc o co chodzi. Otworzyłem drzwi wyjmując z szuflady swoje dokumenty a między innymi zaświadczenie o swoim statusie. - Może i nie służbowo ale jednak - wzruszyłem ramionami. - Zapraszam.
Otworzyłem drzwi pasażera wlepiając twarde, żołnierskie spojrzenie. W tym momencie całkiem zapomniałem że pada deszcz i obaj jesteśmy cali przemoczeni. No cóż, może mój samochód to jakoś przeżyje.
(Cedrik? Wybacz XD)
niedziela, 8 kwietnia 2018
Od Friedricha CD Rene
Rutynowy obchód to moje jedno z podstawowych obowiązków. Gdybym był niższej rangi niż porucznik, z pewnością poruszałbym się w grupie 2-3 osobowej. To coś w rodzaju 'wsparcia', gdyby mieliby w jakiejś kwestii zainterweniować. Będąc niskiej randze żołnierzem, sam pewnie mógłby zostać zamordowany. W większej grupie ryzyko się zmniejsza. Porucznik i wyżej postawieni ludzi są bardziej samowystarczalni, mimo że na większość rzeczy oficjalnych i tak poruszają się z dodatkową eskortą. I wszyscy mniemają, że ten system działa. Nie, nie działa. Znając godziny obchodów, obchody są bezsensowne. O wiele bardziej efektowne byłyby nieregularne obchody, nagłe kontrole. Jeśli oczywiście chcemy być skuteczni. Z resztą cała ta zabawa jest dla mnie bez sensu. Nikt nie potrafi dostrzec jak ta wojna niszczy. Bo umrze albo moja dusza, albo moje ciało.
Mój obchód chwilowo kończyłem przy wejściu w parku. Stanąłem przy jednej z wielu ławek rozstawionych wzdłuż ścieżki. Naprawdę ładna okolica, ze zdrowymi drzewami, które latem dawały sporo cienia i cudownie zadbana trawa. Widocznie nie próżnują.
Czułem na sobie spojrzenie. Po wielu latach z doświadczenia wiem, że żaden przyjazny żołnierz, a tym bardziej cywil nie zwraca szczególnej uwagi na kogoś takiego jak ja: młodzieńca z rozmarzonym wyrazem twarzy nietykającego normalnych ludzi. Czułem się niekomfortowo z taką sytuacją, więc wyciągnąłem papierosa, którego zawsze odpalałem w chwilach takich jak ta. Widząc zbliżających się innych żołnierzy rzuciłem im sygnał delikatnie głową za siebie. Ci spojrzeli po sobie wiedząc co robić. Mijając mnie zasalutowali i zmierzali do kogoś za mną. Faktycznie ktoś tam był. Taka sama procedura, sprawdzanie papierów. Odwróciłem głowę wciągając do płuc dym tytoniowy. Przymrużyłem oczy lustrując kobietę. Przed chwilą ją legitymowałem. Ona mnie śledziła? I kogoś mi cholernie przypominała. Kogoś kto był powiązany z moją byłą. Zdecydowanym krokiem dołączyłem do towarzystwa. Świdrowałem ją uważnie wzrokiem dostrzegając to czego cholernie chciałem uniknąć: nerwowa postawa jak pocierania dłoni, twarz, niespokojne spojrzenie. Chociaż legitymują ją już drugi raz. Jeśli oczywiście mnie śledziła. W dodatku ubiór wyglądał mi na podejrzany. Chyba ktoś zapomniał się przebrać. Zerkając na papiery zwróciłem się do kobiety.
-Karolino? Coś się stało? - spytałem niby z troski o cywila.
Kobieta popatrzyła na mnie chwilę stojąc w ciszy.
-Zgubiłam coś - odrzekła w końcu a ja skończyłem palić jednego papierosa. Rzuciłem pet na ziemie przygaszając butem.
-Papiery się zgadzają panie Schoch - wtrącił się jeden z szeregowych w moim ojczystym języku.
-Dobrze, proszę więc wrócić do służby. Wiecie co macie robić - zwróciłem się do nich. -Może pomóc panience szukać pewnej rzeczy? - wróciłem do podejrzanej.
-Nie chcę zawracać głowy - zaprzeczyła. - Nie chcę przysparzać niepotrzebnego kłopotu.
-Ależ skądże, z chęcią pomogę.
-Panie Schoch..? - niepewnie wypowiedziała moje nazwisko a ja kiwnąłem na znak, że dobrze je wymówiła - z pewnością ma pan jeszcze inne obowiązki na głowie.
-Skoro nie chce pani mojej pomocy, to nie będę się już narzucał - cofnąłem się o krok mrużąc niebezpiecznie oczy. -Życzę owocnych poszukiwań i większego szczęścia - mruknąłem od niechcenia. - Żegnam !
Odwróciłem i zacząłem przemierzać park. Tutaj spędzę następne parę godzin. Poczułem wibracje w kieszeni. Telefon służbowy. Zerknąłem na wyświetlacz. Był to telefon od dwójki, która wylegitymowała Polkę. Mają dla mnie coś ciekawego, tego jestem pewien.
Mój obchód chwilowo kończyłem przy wejściu w parku. Stanąłem przy jednej z wielu ławek rozstawionych wzdłuż ścieżki. Naprawdę ładna okolica, ze zdrowymi drzewami, które latem dawały sporo cienia i cudownie zadbana trawa. Widocznie nie próżnują.
Czułem na sobie spojrzenie. Po wielu latach z doświadczenia wiem, że żaden przyjazny żołnierz, a tym bardziej cywil nie zwraca szczególnej uwagi na kogoś takiego jak ja: młodzieńca z rozmarzonym wyrazem twarzy nietykającego normalnych ludzi. Czułem się niekomfortowo z taką sytuacją, więc wyciągnąłem papierosa, którego zawsze odpalałem w chwilach takich jak ta. Widząc zbliżających się innych żołnierzy rzuciłem im sygnał delikatnie głową za siebie. Ci spojrzeli po sobie wiedząc co robić. Mijając mnie zasalutowali i zmierzali do kogoś za mną. Faktycznie ktoś tam był. Taka sama procedura, sprawdzanie papierów. Odwróciłem głowę wciągając do płuc dym tytoniowy. Przymrużyłem oczy lustrując kobietę. Przed chwilą ją legitymowałem. Ona mnie śledziła? I kogoś mi cholernie przypominała. Kogoś kto był powiązany z moją byłą. Zdecydowanym krokiem dołączyłem do towarzystwa. Świdrowałem ją uważnie wzrokiem dostrzegając to czego cholernie chciałem uniknąć: nerwowa postawa jak pocierania dłoni, twarz, niespokojne spojrzenie. Chociaż legitymują ją już drugi raz. Jeśli oczywiście mnie śledziła. W dodatku ubiór wyglądał mi na podejrzany. Chyba ktoś zapomniał się przebrać. Zerkając na papiery zwróciłem się do kobiety.
-Karolino? Coś się stało? - spytałem niby z troski o cywila.
Kobieta popatrzyła na mnie chwilę stojąc w ciszy.
-Zgubiłam coś - odrzekła w końcu a ja skończyłem palić jednego papierosa. Rzuciłem pet na ziemie przygaszając butem.
-Papiery się zgadzają panie Schoch - wtrącił się jeden z szeregowych w moim ojczystym języku.
-Dobrze, proszę więc wrócić do służby. Wiecie co macie robić - zwróciłem się do nich. -Może pomóc panience szukać pewnej rzeczy? - wróciłem do podejrzanej.
-Nie chcę zawracać głowy - zaprzeczyła. - Nie chcę przysparzać niepotrzebnego kłopotu.
-Ależ skądże, z chęcią pomogę.
-Panie Schoch..? - niepewnie wypowiedziała moje nazwisko a ja kiwnąłem na znak, że dobrze je wymówiła - z pewnością ma pan jeszcze inne obowiązki na głowie.
-Skoro nie chce pani mojej pomocy, to nie będę się już narzucał - cofnąłem się o krok mrużąc niebezpiecznie oczy. -Życzę owocnych poszukiwań i większego szczęścia - mruknąłem od niechcenia. - Żegnam !
Odwróciłem i zacząłem przemierzać park. Tutaj spędzę następne parę godzin. Poczułem wibracje w kieszeni. Telefon służbowy. Zerknąłem na wyświetlacz. Był to telefon od dwójki, która wylegitymowała Polkę. Mają dla mnie coś ciekawego, tego jestem pewien.
<Rene? Czyżby znaleźli twoją zgubę?>
[NASTĘPNA CZĘŚĆ]
piątek, 23 marca 2018
Od Friedricha do Rene
-Vinzenz, przecież wiesz, że nie możesz tak cały czas. To cię wykańcza, nie widzisz tego? - zapytałem mocno poirytowany tak samo dużą upartością swojego towarzysza, co moja.
-Dużo mogę wiedzieć będąc twoim przyjacielem. Żyję z tobą niemalże od kołyski. Z mojej perspektywy, wszystko zmierza w kompletnie złym kierunku - próbowałem trzymać nerwy na wodzy jednakże z mizernym skutkiem. W środku mnie krajało się serce podczas tej wymianie zdań.
-Dlaczego tak uważasz? Czy to naprawdę złe, że próbuję nie czuć się samotny? - trzasnął dłonią w stół, czym przestraszył podsłuchującą rozmowę pokojówkę.
-Naprawdę potrzebujesz kobiety, żeby nie czuć się samotny? - stęknąłem niewzruszony hukiem.
-Bo jak widzisz mój drogi kolego, mamy wojnę. Przez mutantów zginęła moja rodzina, a sam chciałbym się jeszcze zabawić, założyć potem szczęśliwą rodzinę z seksowną kobietą. Przypomnieć ci kogo ty straciłeś? - syknął spoglądając na mnie czerwonymi oczami. Zacisnąłem zęby odganiając złe wspomnienia. - No właśnie, też powinieneś się wyluzować.
-Dobra Vinz, chcesz ruchać to ruchaj tylko nie spoufalaj się panienkom. Panienki również mogą być w działającej konspiracji - spojrzałem wymownie na kobietę, która wytrzymała moje spojrzenie. - A jeśli chciałbyś trzymać łeb na karku - zwróciłem się do towarzysza. - To naprawdę radzę ci zastosować się do moich rad. Tym razem mogę cię nie uratować - z tymi słowami wyszedłem z mieszkania trzaskając drzwiami tak, że się zatrzęsło.
-Fick dich! - usłyszałem za sobą wrzask białowłosego.
-Der Scheißkerl ! - odpowiedziałem na klatce schodowej.
Schodząc po schodach przeklinałem pod nosem walcząc z tym, żeby nie wrzeszczeć na cały głos. Nikt przecież nie musi słyszeć mojego bogatego słownictwa. Wychodząc z budynku pozdrowiłem stojących tam kamerdynerów, lokajów czy jak oni się tam dokładnie nazywają. Ruszyłem pieszo w drogę zwiedzając okolicę. Może znajdę coś podejrzanego, choć w głębi duszy mam nadzieję, na zerowy rezultat. Żwawym krokiem wchodziłem w uliczkę kiedy mocno uderzyło mnie ciało. Szybko orientując się, że kobieta która na mnie wpadła się zachwiała, automatycznie złapałem za ręce, w dość delikatny sposób. "To cywil", modliłem się w duchu, "to cywil". Wypadły jej dwie książki. Nie przyglądałem się tytułom i okładkom.
-Entschuldigung - pochyliłem głowę w przepraszającym geście. -Moja wina. Die Papiere? -moim obowiązkiem jest wylegitymować obywateli.
Kobieta podała mi mały dokument. Zerknąłem na zdjęcie chwilę się jemu przyglądając by po chwili przyjrzeć się kobiecie badawczym wzrokiem.
-Behutsam. Następnym razem ostrożniej - uśmiechnąłem się patrząc na piękną kobietę. - Życzę miłego dnia i pamiętać o godzinie policyjnej. W razie problemów proszę zgłosić się do Friedricha Schocha - zasalutowałem łagodniejąc. Chciałem dodać otuchy.
Po chwili ominąłem ją podając do rąk papiery. Ruszyłem dalej wykonując swoją codzienną rutynę.
<Rene?>
czwartek, 22 marca 2018
Subskrybuj:
Posty (Atom)
