M

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bruno&Stefka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bruno&Stefka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 6 maja 2018

Od Stefki CD Bruno


Jednego byłem pewien. Blondynka nie była zwykłym cywilem. Poruszała się inaczej, zachowywała, mówiła. Łypała tym uważnym spojrzeniem, wyszukując niuansów i wyciągając kolejne to wnioski z mojej postawy, słów, odbioru jej osoby. Teraz pytanie, żołnierzyk pod przykrywką, czy pierdzielony rebeliant, który szuka guza w każdym możliwym miejscu, starając się zdobyć jakiekolwiek informacje o czymkolwiek. W sumie obie grupy były upierdliwe, uciążliwe i człowiekowi się ulewało, gdy słyszał o kolejnych akcjach dywersyjnych, czy że znowu odstrzelili nam jakiego mutanta, bo się dał wykryć idiota.
O ile łatwiej by było, gdybyśmy wszyscy po prostu usiedli przy piwie, makao, a jak wojnie, to tej karcianej i po prostu to obgadali, zamiast wyżynać się na potęgę? Odpowiedź to: W chuj.
— Śmiem nie wątpić, do jakiegokolwiek sklepu nie wejdziesz jest to samo — mruczała, na koniec nieco markotniejąc, bo powiedzmy sobie szczerze, wieczne szranki i potyczki nikogo już nie bawiły i naprawdę każdy marzył już o cudownym, szczęśliwym zakończeniu jak z bajki, które znając mojego farta, nastąpi zaraz po tym, jak mnie który żołnierz z obdarowanym pomyli albo nie przypodobam się rebelii. — Chciałabym powiedzieć, że wiele do zaoferowania mają ludzie ale takich coraz mniej. Wojna zmienia ludzi. W ogóle czasem mam wrażenie, że większość ludzi szuka jakiegokolwiek pretekstu do konfliktu — mówiła ciągle, a ja mogłem tylko się krzywić i kombinować, co powiedzieć i jak, żeby przypadkiem sobie wroga nie narobić. Jeszcze mnie sprzeda, pieprzony szmalcownik dwudziestego pierwszego wieku.
— Coś w tym jest — odparłem krótko, neutralne terytoria, dajcie mi wszyscy święty spokój.
— Tak musi być w tym — rzuciła ciężkim tonem, oglądając dokładnie roślinki i nie, proszę, nie mów więcej, nie miałem najmniejszej ochoty babrać się w coraz większych, psychologicznych zagwozdkach. — Gdyby tak nie było, historia ludzkości nie byłaby taka krwawa. I to aż dziwne, że po wielu tysięcy latach ludzie nigdy nie zorientowali się, że mieszkają wśród nich Mutanci. Musieli być naprawdę inteligentni. Co się z nimi stało w tych czasach. Może działa rozwój technologii, kij wie — gadała monotonnie, a to wzruszając ramionami, a to wąchając te pierdzielone chabazie i nie zapowiadało się na to, żeby szybko skończyła swój monolog.
— Dobre spostrzeżenie. Wybrała już pani? — Nie, żebym chciał się jej pozbyć, ale chciałem się jej pozbyć, jak źle to nie brzmi. Wrócenie do krzyżówki było dla mnie w tym momencie jak ta jedna, jedyna myśl, która byłaby w stanie utrzymać mnie przy życiu.
— Tak, jaśmin będzie idealny — odparła ku mojej radości, podając mi kwiat, a ja zawyłem z radości. W duchu, oczywiście.
— Przepraszam, pilne — mruknęła, wyciągając telefon z kieszeni i wychodząc z pomieszczenia, podczas gdy ja zająłem się cichym wzdychaniem, wypuszczeniem pary i oporządzaniem wybranego kwiatka.
Reklamówka, podstawka do roślinki, odżywka w gratisie i wyciągnięcie całego majdanu w postaci dodatkowych pierdół, które powinienem zaprezentować i sprzedać klientom. Co z tego, że nikomu te klamory w domu potrzebne nie były, nie, masz sprzedać, Mazur, bo zobaczysz pieniądze pierwszego, jak świnia niebo.
Blondynka wróciła pospiesznie do pomieszczenia, na co chrząknąłem i wysiliłem się na uśmiech.
Dasz radę, Stefa, to przecież już standardowy rytuał.
— Mógłbym również pani zaproponować specjalny nawóz w płynie do roślin doniczkowych, ozdóbki do powtykania, jak i doniczki, całkiem nowa dostawa, ceramiczne, plastikowe, szklane, różowe, niebieskie, białe, we wzorki, bez wzorków, specjalnie postarzane, w antycznym stylu, z ozdobnikami, zawijasami, malunkami, no do wyboru do koloru, hulaj dusza, piekła nie ma. Zawinąć w celofan? Wstążeczkę dorzucić? Może psikacz na utrwalenie pączków? — mamrotałem i mamrotałem, końca nie było widać, ale trzeba było wszystko dokładnie sprezentować, przedstawić i zaprezentować. — Jeśli nie, to czy to wszystko? Karta, gotówka, drukować potwierdzenie?
Odetchnąłem ciężko, gdy cała maniana została odstawiona, codzienny „różaniec” wypowiedziany, a cała szopka przedstawiona w och, jakże piękny sposób.
Co ja tu jeszcze robię.
Już w barze byłoby lepiej pracować, cholera jasna.

<Bruno?>

[NASTĘPNA CZĘŚĆ]

niedziela, 22 kwietnia 2018

Od Bruno CD Stefki

Stałam w jednym miejscu patrząc na dużo starszego mężczyznę. Jego rosła postura jakby nie pasowała do kwiatów, spokoju i stabilizacji. Blizna rozciągająca się po jego twarzy zdecydowanie mi się z tym nie kojarzyła. Chciałam go dalej analizować jednakże przypomniałam sobie, że tak nie można. Moje zboczenie zawodowe nie pozwalało na normalne funkcjonowanie bez zwracania uwagi na pewne rzeczy nawet wyglądu. Oswajanie i uczenie się tego od najmłodszych lat spowodowało, że bezpowrotnie będę podchodzić do ludzi z analitycznym podejściem: rozebrać na kawałki pierwsze, snuć bardziej lub mnie prawdopodobne przypuszczenia.
Wróciłam jednak do obserwowania sprzedawcy co jakiś czas zerkając na kwiat, które oglądał.
 - Dobra, to jaśminy, miłe, ładne, przyjemny, intensywny zapach, tam stoi taki ładny, bielusieńki. Słoneczka trochę, do ogarnięcia i ładnie wyglądają, szczególnie jak dziko zakwitną, wie pani, o co chodzi. Na drugiej półce od lewej eucharisy, lilie amazońskie, jak zwał, tak zwał, duże kwiatuszki, duże liście, żyć nie umierać. Tamten pnący się bluszcz - niebluszcz, to hoja, pachną bardzo intensywnie, trochę drogie, ale osobiście uważam, że są warte swojej ceny. No, a jak bardzo by pani chciała czegoś dzikiego, z pazurkiem, to chyba najbardziej bym pani polecił muchołówkę, oklepane i znane, no ale jakie egzotyczne i ciekawe - mówił to wszystko jednym rytmem, wskazując palcem każdą roślinę po kolei, a na końcu zerkając na mnie.- Tyle mam do zaoferowania i tak dość szeroki asortyment, jak na te czasy - zaśmiał się cicho, kiwając delikatnie głową.
-Śmiem nie wątpić, do jakiegokolwiek sklepu nie wejdziesz jest to samo - uśmiech mi lekko zbladł na myśl o aktualnym stanie rzeczy. - Chciałabym powiedzieć, że wiele do zaoferowania mają ludzie ale takich coraz mniej. Wojna zmienia ludzi. W ogóle czasem mam wrażenie, że większość ludzi szuka jakiegokolwiek pretekstu do konfliktu - zaczęłam drażliwy temat.
Mężczyzna spojrzał na mnie w lekkiej zadumie. Kiwnął nieznacznie głową.
-Coś w tym jest - mruknął jedynie oczekując chyba, że wybiorę kwiatka.
-Tak musi być  w tym - dodałam twardo przerzucając spojrzenie z zaproponowanych roślin. - Gdyby tak nie było, historia ludzkości nie byłaby taka krwawa. I to aż dziwne, że po wielu tysięcy latach ludzie nigdy nie zorientowali się, że mieszkają wśród nich  Mutanci - zauważyłam podchodząc do jaśminów. - Musieli być naprawdę inteligentni. Co się z nimi stało w tych czasach. Może działa rozwój technologii, kij wie - wzruszyłam ramionami zaciągając się zapachem kwiatów.
-Dobre spostrzeżenie - odparł sprzedawca. - Wybrała już pani? - zapytał wracając do mojego celu przybycia. Wydawało mi się, że moja obecność tutaj trochę przeszkadzała mężczyźnie.
-Tak, jaśmin będzie idealny - odpowiedziałam.
Wzięłam doniczkę i udałam się do lady kiedy poczułam wibracje swojego telefonu. Postawiłam ją na ladzie i przeprosiłam widząc, kto do mnie dzwoni.
-Przepraszam, pilne - rzuciłam i odebrałam telefon.
Wyszłam na chwilę przed sklep. Próbowałam wytłumaczyć, że przez godzinę nie będę mogła podjąć jakiejkolwiek decyzji. Bycie generałem to czasami zbyt wymagające stanowisko. Po skończeniu rozmowy wróciłam do sklepu.

<Stefka? Może wybierzesz do tego doniczkę ładną? Wzbogacisz się>

piątek, 30 marca 2018

Od Stefki CD Bruno

Hasła w głupkowatym wytężaczu szarych komórek powoli doprowadzały mnie do szału, bo nawet z jako takim doświadczeniem, niektóre z nich potrzebowały wsparcia ze strony internetu, albo encyklopedii. Zwykły śmiertelnik, szczególnie taki kilkanaście lat po zakończeniu edukacji i jakoś nieszczególnie wściubiający nosa w geografię nie miał przecież prawa wiedzieć, jak dawniej nazywał się Tallin, a i nawet najbardziej zapalony fan piłki nożnej za bardzo nie miał pojęcia, jaki klub znajduje się w przeklętym Gelsenkirche. Nawet podpowiedzi na boku strony za dużo mi nie mówiły, a myśl o wpisywaniu czegokolwiek, gdziekolwiek, byle to rozwiązać, nieważne, że niepoprawnie, jakoś średnio mi się widziała w tym wszystkim.

Mruknąłem niezadowolony, stukając długopisem o kartkę i wysilając zwoje mózgowe do niesamowitych wyników, mając nadzieję na jakieś niespodziewane olśnienie. Może jak odpowiem na te beznadziejne pytania, to uaktywni mi się nieodkryta do tej pory moc? Oby nie, zasilanie szeregów rebeliantów, albo łażenie jako potencjalny cel po ulicach miasta naprawdę średnio mi się widziało.
Wydąłem z niezadowoleniem wargi, zerkając na zegarek. Zmęczenie nie przechodziło, ponownie czas, który chyba stanął w miejscu i nie zapowiadało się na to, żeby za chwilę któraś ze wskazówek miała zamiar przesunąć się o, chociażby milimetr. Westchnąłem ciężko, przy okazji przecierając nos, bo długie przebywanie z chabaziami zaczynało dawać o sobie się we znaki. Uaktywniająca się notorycznie alergia zbyt mnie nie pocieszała, ba, doprowadzała do białej gorączki. Mogłem zatrudnić się jako ten walony kelner, to nie, przecież tak świetnie będzie, jak się ulokuję w ten klaustrofobicznej kanciapie, nikt mi przynajmniej spokoju zakłócać nie będzie. Nie licząc siebie samego, notorycznie kichającego i wycierającego czerwony nos.
Było chujowo.
Ale stabilnie, jak to się mawiało.
Ledwo mnie olśniło i zacząłem wpisywać przeklęte „r” w jedną z komórek, gdy nagle dzwoneczek zadzwonił i musiałem zrezygnować z fascynującego zajęcia na rzecz klienta, którym, o losie, okazała się ponownie ta kobieta, która była tu jakiś czas temu.
— Nie mamy rudbekii błyskotliwej — rzuciłem twardo już na wstępie, bo nie chciałem, żeby ktokolwiek przerywał mi tak wiekopomny moment, losie, chyba w końcu uda mi się wypełnić waloną krzyżówkę, a tu na takiego chama ludzie ci wchodzą do twojej rudery świątyni. Blondynka uśmiechnęła się pod nosem. Wyglądała na, no nie powiem, dobre siedemnaście, do dziewiętnastu lat.
Skrzywiłem się, gdy tak właściwie się zorientowałem, jak dawien dawna byłem w jej wieku.
Miodowe oczy zaiskrzyły się niebezpiecznie, mogłem tylko się wyprostować i odsunąć na chwilę panoramę, zerkając niepewnie na potencjalną klientkę.
— Przyszłam tu w innej sprawie — mruczała, po chwili znajdując się tuż przy mojej ladzie i opierając się o nią na wyprostowanych rękach. — Wie pan, czasem przydaje się jakiś ładny element, towarzysz w mieszkaniu, kwiatek będzie akurat. Tylko problem jest taki, że ja kompletnie nie znam się na kwiatach. No tak totalnie. Inne kobiety wiedzą mniej więcej jakie są kwiaty a ja co najwyżej umiem rozpoznać tulipana! No i może krokusa, przebiśniegi, sasanki, chabry i może pewnie jeszcze trochę ale nadal nie widzę różnicy między żonkilem a narcyzem! — nadawała jak katarynka, nie ściągając uśmiechu z ust.
— To już jest coś, nie jest pani taka zielona — odparłem nieco wybity z rytmu. — Więc czego pani szuka?
— Nie wiem czy są takie kwiaty, ale chciałabym czegoś co kojarzy się z takim pazurem i energią. Żeby utożsamiał się ze mną.
— Nie lepiej w takim razie zaadoptować zwierzątko?
— Nie. Chciałabym spróbować w rośliny. To jak? Ma pan coś? — mówiła, nie ściągając szerokiego od ucha do ucha uśmiechu z twarzy. Ba, tylko dodatkowo go poszerzała, kręcąc co jakiś czas głową i ciągle upierając się przy swoim, chociaż w sumie rzeczywiście wolałbym, żeby się wybrała do Kakadu, czy innego zwierzyńca. Dogadałaby się z tamtejszymi nadzbyt energicznymi chomikami. Losie, miej mnie w opiece.
Westchnąłem ciężko i zamknąłem książeczkę, wcześniej wsadzając między kartki długopis, a co by tego nie zgubić, po czym panicznie zacząłem przeglądać wszystkie notatki w głowie, bo cholera jasna, wstyd się przyznać, ale chuja wiedziałem na temat tych wszystkich roślinek. Pachniały i piekły w oczy, tyle z mojego pojęcia o nich.
Przetarłem powoli kark i odwróciłem się w stronę półek zawieszonych na ścianie obok, dokładnie przyglądając się każdej roślince, również i tym, które spokojnie spoczywały na podłodze i cieszyły się trochę mniejszymi przerwami między kolejnymi chabaziami.
Podszedłem do pierwszego lepszego storczyka, łącząc w głowie fakty i starając się przy okazji nie palnąć jakiejś głupoty, niedoczekanie. Mruknąłem cicho, ciągle kątem oka zerkając na kobietę, mogłem pójść o głowę, że stała po którejś stronie muru, na której ja, razem z resztą cywili siedzieliśmy i wymachiwaliśmy beznamiętnie nóżkami, licząc na jakiś cud, albo coś w ten deseń. Byle coś nas wybawiło i ukradło spomiędzy tego młotu, a kowadła, bo ostatnimi mało co malowało się w jakichś ciekawszych barwach.
— To znaczy, zaraz, pazur i energia — rzuciłem, ni to do kobiety, ni to do siebie, ni to w eter, cholera wie tak właściwie do kogo, najprawdopodobniej dla samotnej różyczki, bo nie załapała się a bukiecik. Serio, dziewczynie bardziej przydałby się nadpobudliwy gryzoń, albo kot, cokolwiek, nie chabaź. Prychnąłem cicho pod nosem, rozglądając się uważniej po sklepiku. — Dobra, to jaśminy, miłe, ładne, przyjemny, intensywny zapach, tam stoi taki ładny, bielusieńki. Słoneczka trochę, do ogarnięcia i ładnie wyglądają, szczególnie jak dziko zakwitną, wie pani, o co chodzi. Na drugiej półce od lewej eucharisy, lilie amazońskie, jak zwał, tak zwał, duże kwiatuszki, duże liście, żyć nie umierać. Tamten pnący się bluszcz—niebluszcz, to hoja, pachną bardzo intensywnie, trochę drogie, ale osobiście uważam, że są warte swojej ceny. No, a jak bardzo by pani chciała czegoś dzikiego, z pazurkiem, to chyba najbardziej bym pani polecił muchołówkę, oklepane i znane, no ale jakie egzotyczne i ciekawe — mruczałem monotonnie, jednym tonem, jednym rytmem, przerzucając wzrok na kolejne roślinki, razem z paluszkiem, a na sam koniec wlepiając spojrzenie w kobietę. — Tyle mam do zaoferowania i tak dość szeroki asortyment, jak na te czasy — zaśmiałem się cicho, kiwając delikatnie głową.

Od Bruno CD Stefki

Siedziałam na biurku z nogami opierającymi się o krzesło. Znajdowałam się w bazie konspiracji, gdzie czasami mój entuzjazm był aż nadto dla nich irytujący. Ba, w dużej mierze chcieliby żebym tutaj nie wpadała, bo zwyczajnie zachowuje się jak dziecko. Jak i tym razem.
Duża mapa Warszawy wisiała naprzeciwko mnie na szerokości całej, szarej ścianie. Powbijane miałam tam lotki, i noże, będące bardzo dobrze widoczne z mojej odległości. W niektórych miejscach był postawiony znak zapytania, a w innych czerwony krzyżyk. Mapa również posiadała pełno powbijanych oczojebnych pinezek, dzięki którym szybko orientuje się co gdzie i jak. Znając w głowie legendę, co które znaczy doskonale się w niej odnajdywałam. Rola generała opierała się na kierowaniu całą jednostką i wydawaniu rozkazów. Muszę być cholernie ostrożna, ponieważ każda decyzja miała ogromny wpływ na życie moich towarzyszy. Ludzie z pewnością są w fazie testów albo już odnaleźli sposób na znaczne obniżenie działania naszych mocy. Mnie osobiście napawa to pewnym rodzaju ekscytacją, ale z drugiej strony odczuwam strach o niektórych  mutantach, którzy bez swojej anomalii zwyczajnie nie są już tak skuteczni w walce. Dlatego trzeba działać skutecznie i szybko. Najważniejszy element: zaskoczenie.

Jestem chwilowo jedynym generałem, który nie musiał przechodzić szkolenia samoobrony. Całe swoje pieprzone życie poświęciłam na naukę walki. I w porównaniu z tamtymi szkoleniami, jeśli nie są szybko uczącymi się osobami, to tylko będą znać podstawę jak: rozłożenie i złożenie broni, jak się nią posługiwać i jak w teorii się skradać, być cicho. Ewentualnie parę prostych ruchów z samoobrony. To nie wystarczy na kogoś zaawansowanego, ale wystarczające zaskoczenie, bo cokolwiek umiemy. Stąd też chwilowo muszę poczekać z jakimikolwiek działaniami. Czekać na lepsze przeszkolenie.
Nadymałam policzki, gwałtownie odchyliłam głowę do tyłu wypuszczając powietrze i stękając z wyraźnym rozdrażnieniem. Nie było nic gorszego niż niemożność działania. Podrapałam się po karku zeskakując z biurka. Usłyszałam charakterystyczne pukanie. Uśmiechnęłam się promiennie.
-Danielu mój ty łosiu no wchodź! Nigdy mi nie przeszkadzasz - uprzedziłam jego nie wypowiedziane pytanie.
-Nie nazywaj mnie łosiem - przymrużył oczy.  Zasalutował błyskawicznie.
-Masz cudowne imię - zaśmiałam się również salutując. - Co cię do mnie przyprowadza?
-Nowi rekruci - te dwa słowa wystarczyły by skupić w zupełności moją uwagę.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Przebieżka po Warszawie zawsze działa na mnie kojąco. W ten sposób najskuteczniej rozładowywałam wszystkie złe myśli. Albo ćwiczenia gimnastyczne. One również są swojego rodzaju dobrą dla mnie rozrywką. Mijając plac zabaw z dzieciakami nagle przystanęłam. Błyskawicznie zawróciłam w stronę placu zabaw gdzie pognałam najszybciej jak się da, dając popis przed smarkaczami. Wykonałam piruety, gwiazdy i różne inne sztuczki, których uczyłam się latami. Gimnastyka jest naprawdę fajna. Dzieciaki prosiły o jeszcze, wykrzykiwały radośnie przez moment zapominając o żołnierzach, którzy skrupulatnie wykonywali swój obchód. Chciałam by na ich buziach wykwitały szczere uśmiechy, jak u mnie. Można popaść w paranoję kiedy jest się jeszcze bardziej odstającym człowiekiem. Wystarcza mi wspaniałomyślna choroba, której właściwie nie leczę. A bynajmniej nie całościowo. Właściwie to ona mi nie przeszkadza. W gruncie rzeczy przecież w życiu chodzi o to aby osiągnąć szczęście. A ja je odczuwam niemalże cały czas. Nagle czar prysł kiedy dotarły do mnie krzyki, kobiety i paru mężczyzn. Wydawało mi się, że słyszę niemiecki.
-No moje urwisy, wybaczcie mi ale rozpoznajecie głos kobiety? -spytałam zaciekawiona, może trochę będąc zbyt bardzo wścibska.
-To pani Szarata, sprzedaje najlepsze słodycze w okolicy. Jest czasem zbyt głośna dlatego tak się dzieje.
Kiwnęłam głową. Chwilę jeszcze posiedziałam by pożegnać się i udać w stronę domniemanej Szaraty. "W życiu bym nie pomyślała że jest takie nazwisko", pomyślałam. Wyszłam gdzieś w okolicę miejsca gdzie dawniej musiały rosnąć piękne kwiaty: teraz zostały z nich tylko zgliszcza zielono-zółtego czegoś. Nad nimi pochylała się starsza kobieta, widać było że pełna werwy. Rozejrzałam się i wnet dostrzegłam sprawców tego zamieszania. Dwójka żołnierzy z wilczurem.
-Co to za kwiaty? - zagaiłam kobietę, która nie mogła zrezygnować z zmierzenia mnie wzrokiem.
-Rudbekia błyskotliwa. Moje najukochańsze kwiaty. Teraz nic z nich nie zostało, a to wszystko..
-Tak, wiem, nie musi pani mi tego tłumaczyć. Doskonale zdaję sobie sprawę o co może pójść. Im nigdy nie można dogodzić, a każdy sprzeciw jest  traktowane jak najgorsza zbrodnia. Bez sens co nie? Jakby nie mogli dogadać się z tymi innymi - uśmiechałam się wesoło patrząc na wszystko dookoła.
-Kompleks bogów. Jest ktoś silniejszy więc trzeba pokazać, że jednak są słabsi. Wykończymy się w ten sposób - rzuciłam kobieta.
-Dokładnie, zaraz wrócę do pani, dobrze? Chciałabym  coś sprawdzić - oznajmiłam i nie czekając zaczęłam szukać kwiaciarni. Do jakiejkolwiek bym nie weszła, nie posiadają w swoim asortymencie tego konkretnego kwiatu. Wróciłam do kobiety oznajmiając, że nigdzie w pobliskich kwiaciarniach nie mają tego okazu. Zapewniłam jednak, że jeśli znajdę się w innej części Warszawy z pewnością zapytam o ten gatunek. Kobieta cały czas twierdziła, że nie ma potrzeby lecz nie dałam za wygraną i przyrzekłam kupić jej jebane kwiaty do ogrodu.
Idąc w kierunku swojego małego mieszkania stwierdziłam, że może fajnie byłoby mieć jakiegoś kwiatka. Moje mieszkanie gdyby nie cały czas porozwalane rzeczy wyglądałby bardzo oficjalnie- zero dodatków. Weszłam więc do jednej z kwiaciarń. Już na wejściu rudzielec spojrzał na mnie unosząc brwi.
-Nie mamy rudbekii błyskotliwej - powiedział na wstępie patrząc z typowym dla sprzedawcy spojrzeniem: śledzę każdy twój krok, po co tu przyszłaś?
-Przyszłam tu w innej sprawie- zaczęłam i chichocząc doskoczyłam do lady w mgnieniu oka. Oparłam się dłoniami pochylając w jego stronę. - Wie pan, czasem przydaje się jakiś ładny element, towarzysz w mieszkaniu, kwiatek będzie akurat. Tylko problem jest taki, że ja kompletnie nie znam się na kwiatach. No tak totalnie. Inne kobiety wiedzą mniej więcej jakie są kwiaty a ja co najwyżej umiem rozpoznać tulipana! No i może krokusa, przebiśniegi, sasanki, chabry i może pewnie jeszcze trochę ale nadal nie widzę różnicy między żonkilem a narcyzem! - bełkotałam coś od rzeczy, fajnie gadało się z nieznajomymi.
-To już jest coś, nie jest pani taka zielona - powiedział będą trochę zmieszany moim gadaniem. - Więc czego pani szuka? - zadał standardowe pytanie.
-Nie wiem czy są takie kwiaty, ale chciałabym czegoś co kojarzy się z takim pazurem i energią. Żeby utożsamiał się ze mną - wyprostowałam się szczerząc zęby.
-Nie lepiej w takim razie zaadoptować zwierzątko?
-Nie - mocno pokręciłam głową. - Chciałabym spróbować w rośliny. To jak? Ma pan coś? - naprawdę chciałam mieć swoją własną roślinkę w mieszkaniu.

<Stefka? Zapodasz roślinkę?>

Od Stefki

Papieros, kawa zaparzona już jakiś trzeci raz, migreny, bo znowu spałem zdecydowanie zbyt krótko i zdecydowanie niewygodnie, no i oczywiście przeżarta już na wpół, czerstwa buła z jakimiś orzechami z mieszanki studenckiej. Żyć nie umierać.
Mogłem tylko ponownie zacząć się zastanawiać nad tym, gdzie do cholery jasnej popełniłem błąd w tej marnej egzystencji i dlaczego moje wszelakie marzenia i ambicje zostały strącone gdzieś w ciemne otchłanie, skąd wyjścia nie było i trzeba się po prostu przyzwyczaić do myśli, że więcej się już na tym świecie nie wyrzeźbi. Zostaje tylko przysiąść na tyłku w tym nieszczęsnym grajdole, który się ukopało w ciągu tych prawie czterdziestu lat i zastanowić się poważnie nad tym, czy jest jeszcze w ogóle sens ciągnąć to dalej i męczyć się w przesiąkniętym złem do szpiku kości świecie, gdzie tak właściwie i tak żadna minuta nie jest czymś cennym, a raczej pełnym udręki i nadziei, że może jednak tego dnia cię odstrzelą, bo krzywo łypniesz wzrokiem na żołnierza.

Obróciłem kubek z kawą, tą obrzydliwą, czarną kawą, zaparzoną jakąś beznadziejną, kranówą, bez cukru, bez mleka, bez jakiejkolwiek osłody życia. Przekląłem pod nosem, bo znowu resztki poważniejszych oszczędności wydałem na fajki, bo znowu nie starczy mi do pierwszego i bo znowu miałem ochotę rzucić to wszystko gdzieś hen, hen daleko i udawać, że nic z tych rzeczy nie miało miejsca. Dalej trudno było mi uwierzyć w fakt, że mimo tylu lat spędzonych na tułaniu się przez upierdliwy żywot, nie byłem w stanie opanować podstaw zarządzania majątkiem i jak ostatni tłumok przewalałem wszystko na papierosy. Przynajmniej dobre, a nie jakieś tanie, ruskie, jeszcze tak bardzo się nie stoczyłem.
Przetarłem ociężale twarz, uznając, że w sumie to nie ma co się dalej użalać nad tym, gdzie się znalazłem i jak się znalazłem i tak zżerało mi to zbyt dużo czasu, bo powiedzmy sobie szczerze, był to chyba ulubiony sposób spędzania wieczorów. Tylko ja, papieros, piwo i tysiące myśli na sekundę, agresywnie obijających się o ściany umysłu.

Przetarłem nerwowo policzek, zahaczając przy okazji brodę, bo naprawdę starałem się obudzić. Było już grubo po trzynastej, a ja dalej ledwo zipałem, nie mogąc do końca się rozbudzić. Stałem tak chybotliwie za ladą, co chwila przysypiając i tylko licząc na to, żeby skończyć ten dzień bez rozwalonej głowy, zaraz po tym, jak polecę do tyłu i postanowię przy okazji łupnąć potylicą o jedną z półek, na której dopiero co poustawiałem jakieś nowe doniczki.
Oglądanie błądzących tymi wąskimi uliczkami żołnierzy nie było moim ulubionym zajęciem, jednak poza tym nie miałem zbyt dużo atrakcji. Ludzie zaniechali drobne gesty i obdarowywanie innych kwiatami, chociaż przecież tak miło osłodziłoby to obecnie trwający zamęt i dość grząską atmosferkę.
Wyciągnąłem na blat przeklętą, niedokończoną krzyżówkę, z którą zmagałem się na tyle długo, by mieć już ją po dziurki w nosie i poczucie, że najchętniej to cisnąłbym nią o ścianę, aniżeli dalej ślęczał nad nią z dość tępym wyrazem twarzy.
Dzwoneczek.
Postać powoli wtargnęła do sklepu, byle zacząć się pozornie rozglądać po roślinach, udawać, że któraś ją interesuje, a mi już w kościach strzykało, że dobrze się to wszystko nie skończy, co to, to nie.
Podejście do lady w dość leniwym tempie tylko utwierdziło mnie w moim przekonaniu, a słowa, które za chwilę padły, przybiły ostatni gwóźdź do trumny. Po co ja dzisiaj tutaj przychodziłem, niech mi ktoś wytłumaczy, bo nie rozumiem?
— Znajdę u pana rudbekię błyskotliwą? — spytała w pewnym momencie, uważnie mnie obserwując. Zmarszczyłem brwi. Udawaj, że nie jesteś drugim członem nazwy, udawaj, że nie jesteś drugim członem nazwy.
— Niestety, nie sprzedajemy takowych okazów — odparłem spokojnie, posyłając personie firmowy uśmieszek numer dwadzieścia trzy. — Mogę pomóc w czymś innym albo zaproponować inną roślinę?
— Ale jest pan pewien, że nie sprzedają państwo rudbekii błyskotliwej? — W odpowiedzi jedynie pokiwałem głową.
Bez słowa wyparowała ze sklepu, a ja przekląłem w środeczku, bo dam sobie kończynę uciąć, że dywersja, albo władza znowu coś kombinuje, a ja zostałem biednym, niby nieświadomym pośrednikiem. Losie, za jakie grzechy.
Spojrzałem niechętnie na krzyżówkę i przekląłem pod nosem, bo nigdy nie pisałem się na tego typu głupoty.

<Ktoś, coś? Zapraszamy, zapraszamy.>