M

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kordian&Stefka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kordian&Stefka. Pokaż wszystkie posty

środa, 13 czerwca 2018

Od Kordiana CD Stefki

Droga do domu Elizy minęła mu bardzo źle. Wewnętrzne uczucie upokorzenia, strachu i bezradności sprawiały, że nie cieszyło go już nic. Zapomniał o dobrych rzeczach jakie go spotkały, a zaczął rozpamiętywać te, które go skrzywdziły. Starał się za wszelką cenę odsunąć od siebie złe myśli. Przecież dobrze wiedział, że pesymistyczne myślenie to jak samospełniająca się przepowiednia. Jeśli człowiek myśli pozytywnie to żyje mu się lepiej, jeżeli zaś dookoła widzi tylko zło, szarość i nędzę, nie żyje. Przynajmniej nie tak jak powinien. A Olgierd kochał życie. Świecące słońce, drzewka i kwiaty rosnące tu i ówdzie, widok nocnego nieba i pięknych ludzi w klubach... kochał to wszystko. Cieszył się swoim życiem w miarę w zgodzie z Bogiem. Nie na tyle, aby za wszelką cenę ratować tylko swój tyłek, ale na tyle, aby być dobrym człowiekiem. Mimo to niejedna osoba nie szanowała tej dobroci, jaką chłopak dawał światu mimo panującej dookoła nieufności i podejrzliwości. Wręcz przeciwnie. Na palcach jednej ręki mógł policzyć osoby, które kiedyś podziekowały lub odwdzięczyły się za dane im dobro albo przynajmniej nie zrobiły chłopakowi krzywdy pamiętając o jego życzliwości. Ponadto czuł się źle z powodu tego, że nakrzyczał, że zbluzgał, że pobił... a strach niszczył go od środka.
- Co jeśli on mnie zabije... albo naśle na mnie kogoś? - myślał - Przecież jest milicjantem, wojskowym... na dodatek Niemcem. Co ja teraz zrobię? - pytał sam siebie i w duchu płakał. Nie mógł pokazać na ulicy swojej słabości. Nigdy w życiu, choć z każdą myślą i krokiem było to coraz trudniejsze. Pocieszał go jedynie fakt, że już za chwilkę znajdzie się w ścianach jej willi, gdzie jedyną osobą, która będzie go mogła oceniać jest lokaj.
Idąc przez park przystanął na chwilę i usiadł na ławce. Chciał chwilę odpocząć i pomyśleć w spokoju, racjonalnie. Spojrzał na kwiaty i na wazon. Wyglądały razem pięknie. Kobieta nie mogła być nie zadowolona. A to na razie było najważniejsze. Zadowolenie i szczęście klientki. Co będzie działo się potem? Bagatela! To nieistotne.
- Pomartwię się jak będzie trzeba - pomyślał, ale nie oznaczało to, że w rzeczywistości przestanie o tym myśleć. Miał przeczucie, że wojskowy nic mu raczej nie zrobi. Znał go już dosyć dobrze. Był to człowiek wzięty do wojska z przymusu lubujący w pięknych kobietach i mężczyznach. Nie w głowie raczej była mu służba. Do kwiaciarni też przecież nie wszedł na patrol! Oczywistym dla Olgierda było, że wszedł dla kogoś po kwiaty. Był dosyć młodym mężczyzną, który chciał wykorzystać życie póki może. Wiele było takich ludzi. Wszyscy gdzieś z tyłu głowy myśleli o swojej śmierci.
Pogoda nagle zaczęła się psuć. Dmuchnął silny wiatr i sypnął chłopakowi trochę pyłu w oczy. Przetrarł je szybko i spojrzał na niebo, które zrobiło się szare. Szybko wstał i ruszył do domu klientki. Nie miał zamiaru zmoknąć, bo był już elegancko ubrany, a schludność w pracy traktował jak świętość. Skoro już praca sama w sobie nie była szczególnie honorowa, to chociaż dobrze by było wyglądać jak należy. Nie raz już myślał o zmianie i jakiejś stabilizacji. Przy drobnym wysiłku i rozmowach z kim trzeba znalazłby ciepłą posadkę w jakiejś knajpie jako kelner albo nawet barman. Ile razy to rzucał butelkami jak kręglami? Wszędzie by sobie poradził, ale wtedy mógłby zapomnieć o samotnym mieszkaniu w miarę przytulnym mieszkanku i o frykasach typu kawa, herbata czy miód. Nie mówiąc już o jakimś przyzwoitym ubraniu. Absolutnie Olgierd nie był typem osoby, która nie byłaby w stanie przeżyć bez drogich szmatek, ale... po czasie doszedł do wniosku, że to co robi daje mu jednak najwięcej poczucia stabilności i bezpieczeństwa. W granicach możliwości.
Zaraz po tym jak wszedł na taras przed wejściem do willi pani Elizy, zaczęło padać. Czuł kilka kropelek, które spadły na jego głowę, zaś jak przekroczył próg domu, lunął rzęsisty deszcz. Pogoda stała się iście depresyjna. I w pełni pasowała do nastroju chłopaka, a przecież był w pracy. Musiał mieć przynajmniej obojętny nastrój.
- Zakomunikuję przybycie Pana - powiedział lokaj - Zapraszam za mną - wskazał kierunek ręką i ruszył przodem po eleganckich marmurowych schodach - Pani nie czuje się za dobrze. Pogoda jej nie odpowiada - dodał bez uczuć służący, jednak chłopak wiedział, co chciał mu przekazać lokaj przez te ładna na pozór słówka. Kiedy dotarli na pierwsze piętro budynku, Olgierd zauważył uchylone drzwi pani Elizy. Najpierw oczywiście zajrzał tam mężczyzna, powiedział o przybyciu młodzieńca i wycofał się rzucając brunetowi spojrzenie typu " Powodzenia ". I zniknął. Chłopak zajrzał nieśmiało do środka. Jego oczom ukazał się bałagan, jakiego nigdy u swojej klientki nie widział. Wszędzie leżały przeróżne dokumenty, a ona sama leżała w zupełnie dziwnej pozycji na swoim wielkowiekowym zapewne szezlongu na styl osiemnastowieczny.
- Znowu to samo - pomyślał w duchu - Znowu przesadziła z alkoholem.
Olgierd wyszedł umęczony jak nigdy dotąd. Kupiony wazon wylądował na ziemi, kwiaty za oknem, a o zapłacie mógł zapomnieć. Pani Eliza była tak narąbana, że ledwo go poznała. Dosłownie wszystko ją drażniło. Nawet jej ulubione francuska poezja. I prezent oczywiście nie za bardzo się spodobał. Sama usługa również nie, więc kategorycznie odmówiła zapłaty. Mimo to brunet odprowadził ją do sypialni i pozwolił spać. I wyszedł. Do drzwi odprowadził go lokaj, który wszystko słyszał. Patrzył na niego spojrzeniem pełnym współczucia.
- Czy da Pan sobie radę? - zapytał przyciszonym głosem. Olgierd tylko pokiwał głową i wyszedł od razu jak tylko otworzono mu drzwi. Na dworze na szczęście nie padało. Zaczęło się rozpogadzać i nadchodził wieczór. Powietrze miało charakterystyczny zapach deszczu i było przesiąknięte wilgocią.
- Zamówić Panu taksówkę? - krzyknął lokaj za chłopakiem, ale ten nawet się nie odwrócił pogrążony we własnych myślach. Wyciągnął ze swojej marynarki szlugi i odpalił jednego. Ręce całe mu się trzęsły ze złości. Nie chciał nawet nic mówić, bo wiedział, że jak zacznie to wyrecytuje drugą inwokację tyle że dłuższą i po łacinie. Dodatkowo świadomość dalszej pracy w klubie przez noc sprawiała, że chciał go po prostu trafić szlag. Czekał jednak na uspokojenie. Spacer, papierosy i cisza zazwyczaj mu pomagały. I tym razem liczył na taki układ wydarzeń. W pośpiechu opuścił teren willi. Miał dość spotkań z Panią Elizą na najbliższy tydzień. Pocieszał go fakt, że pogoda była ładna, ale chłodna, powietrze rześkie i świeże, co tylko dodatkowo sprawiało, że nie czuł w sobie takej agresji. Szacował, że już jak powróci do centrum będzie uspokojny na tyle, aby przeżyć całą noc w klubie.
Gdy Olgierd znalazł się już w centrum Warszawy czuł się o wiele lepiej. Spacer i kilka faktów, które sobie uświadomił lub przypomniał sprawiły, że zaakceptował niepowodzenie i postanowił nie poddawać się. Przecież nie mógł. To było jego jedyne źródło utrzymania. Raz na wozie, raz pod wozem. I trzeba było taki stan rzeczy zaakceptować. Mimo to z tyłu głowy miał złe myśli, o które się martwił. Nie chciał znów zrobić czegoś źle albo wybuchnąć złością. Nie mógł sobie na to pozwolić. Ta praca wymagała od niego nie lada udawania. Ale lubił tę pracę. Wszedł więc uspokojony do klubu. Przywitał się ze znajomym strażnikiem, z kilkoma eleganckimi paniami i z resztą swoich znajomych. Nie byli to wielcy przyjaciele. Gdyby Olgierd był w potrzebie to nie zadbaliby o niego ani nawet nie zechcieliby mu pomóc, ale jako chwilowe towarzystwo byli w sam raz. Brunet więc traktował ich jak serdecznych przyjaciół, bo mimo wszystko dzięki nim wiedział wszystko, co działo się w Warszawie. Skinął na znajomego kelnera, żeby przyniósł mu coś do picia i zajął sobie wolne miejsce, gdzieś w kącie lokalu. Tym razem stawał się wolnym strzelcem. Kto był sam mógł się do niego dosiąść, a jak nie to on sam się dosiadał. I dostawał parę groszy. Większość osób znała jego fach. Muzyka grała w tle. Ludzie rozmawiali, grali w karty albo zajmowali się sobą w ciemniejszych stronach pomieszczenia. Panował przyjemny półmrok, który sprawił, że Olgierd rozluźnił się i nabrał większej ochoty na pracę. Był nawet skory do poznania kogoś nowego. Nie musiał długo czekać, bo szybko dosiadły się do niego młode dziewczyny chcące w tym klubie przeżyć wieczór panieński jednej z nich. Było całkiem dobrze. Rozmowy, głównie sprośne, kleiły się doskonale, ale i takie zwykłe nie szły najgorzej. Jak już dziewuszki troszkę popiły zaczęły się już bardziej filozoficzne rozmowy, w których brunet czuł się jak ryba w wodzie, a pięknym paniom nie wiele trzeba było, żeby się porządnie wstawiły. Chłopak nic nie pił, więc miał trzeźwe patrzenie na wszystko. Po jakimś czasie chciał zażyć świeżego powietrza, więc wyszedł na zewnątrz. Zapalił sobie papieroska i rozkoszował się nocną Warszawą. Tu i ówdzie kręcił się patrol, na który niejednokrotnie skinał głową. Wtyki miał wszędzie. W pewnym momencie zauważył, że ktoś go obserwuje. Rozejrzał się i po swojej prawej stronie zauważył mężczyznę z kwiaciarni. Mimowolnie lekko się uśmiechnął. Powoli szedł i również palił papierosa.
- Dobry wieczór - powiedział dosyć głośno, na co otrzymał jedynie ciszę - Zapomniał Pan języka w gębie? - spytał z ciekawością, co mogło zostać odczytane jako ironia. Nie cierpiał chamstwa i tępił tę cechę jak nic innego. Mężczyzna zatrzymał się.
- Nie wiem czy taki dobry, więc nie odpowiadam - burknął nawet nie zaszczycając chłopaka spojrzeniem. Brunetowi zrobiło się troszkę głupio, że potraktował mężczyznę troszkę niegrzecznie, a w rzeczywistości mógł mieć gorszy dzień.
- Coś się stało? - spytał bardziej troskliwie na co pracownik kwiaciarni tylko wzruszył ramionami i ruszył dalej zaciągając się papierosem - Gniewa się Pan o to w kwiaciarni? - zapytał głośniej, aby ten usłyszał.
- Nie - odpowiedział mężczyzna dosyć cicho, ale nie zwalniał kroku. Lada chwila mógłby zniknąć chłopakowi z oczu, ale ten postanowił jeszcze troszkę go wypytać.
- Boi się mnie Pan czy co? - zapytał z nutką śmiechu - Tak się Pan spieszy, że skłonny jestem w to uwierzyć. Nie jestem agresywny bez powodu - naprostował będąc pewnym, że mężczyzna w istocie czuje do niego wstręt, choć gdyby znał niemiecki to być może by go zrozumiał - Gdyby ktoś Pana pomylił z męską dziwką też byłoby Panu troszkę przykro, czyż nie? - ostatnie słowa wyszły z jego gardła na troszkę niższym tonie. Szybko zgasił papierosa i wrócił do klubu.
- Jak szybko ludzie potrafią oceniać... - szepnął do siebie.

< Stefka? >

sobota, 7 kwietnia 2018

Od Stefki CD Kordiana

Gównarzeria przyszła i zaczęła się popisywać, a mi, biednemu kwiaciarzowi, którego niejedna osóbka odważyłaby się określić już mianem emeryta, pozostawało tylko uprzejmie dobierać ten walony dzban i wcale nie chodziło o takie, które przemierzały właśnie tutejsze uliczki. Wyciągałem kolejne, szykowałem, rozcinałem, szukałem, kręgosłup zaczynał boleć, towarzyszyły mi przy tym wszystkim ciche sapnięcia, no i oczywiście ciekawskie spojrzenie oczu chłopaka. Nawet nie wiedziałem, jakiego koloru, nie miałem najmniejszej ochoty przypatrywać się tej małej paskudzie, która się tutaj przytarabaniła. Wszystkie były po jednych pieniądzach, zarozumiałe bachorstwo, które i tutaj się powtórzę, myśli, że podbije cały świat i uratuje go przed upadkiem. Błagam was, wyrżnęliśmy się w pień, tutaj już nie ma co zbierać.

Pokazałem pierwszy lepszy wazon, jaki znalazłem, na moje szczęście się spodobał, dlatego bez ociągania zacząłem go pakować i wtedy, tuż po wyłożeniu kasy na stół zaczęła się jazda bez trzymanki i naprawdę nie mam zielonego pojęcia, dlaczego zgodziłem się, żeby ten dzieciak wziął moją krzyżówkę i zaczął ją rozwiązywać, jak gdyby nigdy nic, przy okazji pouczając mnie na głos. No błyszcz, błyszcz, ale łatwiej by było, jakbyś się smarku parszywy brokatem obsypał, bo naprawdę miałem ochotę usiąść i rozwiązać tę krzyżówkę samemu, bo kurwa były drogie. Szczególnie teraz. Dobrze, że miałem jeszcze kilka w zapasie, bo gdyby nie, to z radością zdzieliłbym gówniarza nią po łbie i jeszcze nawrzeszczał, już nawet nie licząc się z reputacją, no kurwa jego Maciek, no mi zajęcie na kolejne kilka godzin ukradł, bo się musiał wymądrzyć, pierdolę taką politykę. Napisał egzamin gimnazjalny i wielki pan i władca się znalazł, gówniarzu, PIT tyś kiedyś rozliczał? Nie? A jakiekolwiek podatki odprowadziłeś? Nie? No to może, chociaż kajak wynająłeś na wakacjach? Właśnie.
Jeszcze potem tekst o książkach, no mówię, coś tu śmierdziało wojskiem i zgranie kolejnego Kowalskiego, który na lektury charczy, brzmi lepiej, niż dobrze, prywatne zbiory z kilkudziesięciu lat wstecz pięknie błyszczały się w kartonach.
Już ignorowałem całą resztę i jak coś się działo, to odpowiadałem zdawkowymi mruknięciami, albo kiwaniem głowy, bo nic innego lepszego do roboty nie miałem, a naprawdę chciałem już zbyć chłopaka, zresztą jak resztę tych osobników, które najwyraźniej na łeb upadły już iks lat temu.
Jak na przykład Niemiec, który wlazł do kwiaciarni i z tego, co zauważyłem, pozwolił sobie na o jeden gest za dużo w stosunku do bruneta. Naprawdę nie chciałem się wtrącać do tego, co ich łączy, co nie, co robią, jak spędzają wolny czas i ogólnie co tam między nimi zachodzi, no ale jak mi zaczęli jeden na drugiego wrzeszczeć, to żem się skrzywił, bo mi renomę kwiaciarni popsują i co będzie. Wysłuchałem dokładnie wywodów chłopaka, który, no powiedzmy szczerze, emocji sobie nie szczędził i naprawdę chciałem ich wywalić na zbity pysk na bruk, bo nikt mi nie będzie się w lokalu darł, klepał po dupie i używał niecenzuralnych słów, no szanujmy się, błagam, proszę, liczę na litość sił wyższych, bo to, co ostatnimi czasy się działo, to była istna zakrawa na kpinę.
Parsknąłem, prychnąłem i już miałem reagować, opieprzyć chłopaka, jak i mężczyznę z góry do dołu i wyrzucić, kiedy chłopak po prostu go puścił i zamiatając tyłkiem, opuścił pomieszczenie, wcześniej pusząc się i jeżąc jak zirytowany kocur. Zerknąłem ze zdziwieniem na Niemca, który zdążył zarobić lepę na pysk, niezłe kazanie i szok spowodowany reakcją gówniarza.
Przetarłem twarz, ale mimo wszystko się uśmiechnąłem, bo takiej komedii już dawno nie widziałem, a wkurwiony chłopak wyglądał po prostu zabawnie.
Oczywiście za chwilę z pokorą przywitałem się z mężczyzną i zacząłem go obsługiwać, bo co innego mogłem zrobić, przecie to nie moja sprawa. Komentarzy jak zawsze sobie oszczędziłem, wzrok miałem nieobecny, a cała sytuacja przeszła bez najmniejszego odzewu, bo przecież, po co się jakkolwiek wychylać.
Życzenie miłego dnia tuż po zapłacie, skinięcie głową i opuszczenie lokalu. W końcu mogłem wrócić do panoramy, chociaż jedną musiałem przeskoczyć, bo nie mi przyszedł zaszczyt ją ukończyć.
Prychnąłem w myślach. Te dzieciaki w dzisiejszych czasy nie mają za grosz kultury i tego człowiek był bardziej niż pewien.

Z głośnym, aczkolwiek odprężonym westchnięciem przekręciłem klucz w drzwiach i uznałem, że mimo dość idiotycznych atrakcji, ten dzień był znośny i nawet przyjemny. Posprzątałem, przeliczyłem kasę, poukładałem jeszcze odżywki i koniec końców mogłem nareszcie opuścić klitkę, by odetchnąć świeżym śmierdzącym powietrzem, wyciągnąć papierosa i ruszyć z kopyta, bo dzisiaj dzień, w którym postanowiłem pozwolić sobie pofolgować i ruszyć na mieściny nawet na zwykły spacer, bo może to w końcu będzie ten upragniony dzień, gdy dostanę kulkę w łeb i ułożą mnie gdzieś obok babuszki, no kto by tego nie zapragnął? W takich realiach? Chyba każdy.
Liczyłem tylko na dzień bez dziewczyn, przy których załączałby mi się tryb Matki Teresy, czy innego obrońcy uciśnionych.
No, a potem namierzyłem tylko chłopaczynę z poranka, liczyłem tylko na możliwość spierniczenia stamtąd w podskokach bez zostania zauważonym, ale przydługie gapienie się na eleganckie wdzianko, w jakie się wbił, doprowadziło tylko do tego, że szybko odnalazł mnie spojrzeniem, a ja modliłem się tylko o szybką śmierć, bo raczej o panowanie nad emocjami u niego krucho, co udowodniła mi dzisiejsza akcja. Dlatego nie czekając dłużej, po prostu uciekłem spojrzeniem i ruszyłem dalej, odpalając kolejnego papierosa i licząc przy okazji na to, że żaden strażnik podwórka nie zdecyduje się mi za to urwać jaj, bo byli zdolni do wszystkiego, a szary Kowalski, taki jak ja, to przecie nic do zaoferowania nie miał.
Widok gówniarza jednak miał tam jakieś plusy, bo automatycznie załączyła mi się przypominajka o krzyżówce, którą przydałoby się kupić, bo ktoś zdecydował mi się popsuć zabawę na długie wieczory.
Byle mnie wzbudzić podejrzeń, byle nikogo nie skusić, byle wyjść bez szwanku, tylko o tyle proszę.
Co tam, że wychodziłem na hipokrytę, mimo poprzednich bzdetów umierać nie chciałem. Chyba.

[NASTĘPNA CZĘŚĆ]

piątek, 6 kwietnia 2018

Od Kordiana CD Stefki

Pomieszczenie było niezwykle ciasne, a ogromny wybór wszelakich kwiatów i produktów do nich potrzebnych był naprawdę duży. Właściciel lokalu doskonale zaplanował umeblowanie, gdyż mimo przepychu, wszystko miało swoje niezmienne miejsce. Olgierd nie miał jednak zamiaru zmieniać decyzji. Podobał mu się ten bukiet, który wziął ze sobą do środka. Myślał jeszcze nad kupnem kwiatu w doniczce, jednak zrezygnował, gdyż wiedział, że jego klientka jest w takim stanie, że nie może zaopiekować się sobą, a co dopiero kwiatkiem. Nie mówiąc o człowieku.

Sprzedawca zaproponował kupno wazonu. Tradycyjna śpiewka, by komuś jeszcze coś wcisnąć do zakupu, ale nie było to nic złego. Brunet ucieszył się w sumie na propozycję wazonu, a kiedy chwilkę pomyślał, przypomniał sobie, że w ostatnim czasie, kiedy starsza kobieta wpadła w furię rozbiła swoich chyba ze cztery, więc… bukiet mógł trafić do szklanki.
- A ma Pan jakiś taki wazon… no wie Pan… taki wykwintny? Taki porcelanowy z jakimś eleganckim wzorem? Osoba, dla której to kupuję bardzo lubi klasykę – przedstawił swoje zapotrzebowanie. Mężczyzna na te słowa nieco się zdziwił, jakby żądania chłopaka były czymś dziwnym, ale nie były. Powód zaskoczenia był inny, ale Litwin go nie znał.
- Myślę, że znajdę coś odpowiedniego – odpowiedział serdecznie i zrobił parę kroków za siebie, gdzie stały sterty jeszcze nie rozpakowanych kartonów. Po kolei odcinał taśmę i otwierał kolejne pudła. Chłopak w tym czasie rozglądał się po pomieszczeniu. Zauważył niedaleko swoich rąk gazetę, a właściwie krzyżówkę. Leżał na niej niezatkany długopis. Oggi obrócił ją lekko w swoją stronę, by zobaczyć jakie są hasła. Większość z nich była nierozwiązana. Chłopak uśmiechnął się pod nosem, kiedy zobaczył, że jednym z rozwiązań jest stolica jego ojczyzny.
- Co Pan myśli o tym wazonie? – spokojnym głosem spytał sprzedawca. Tym pytaniem wybił chłopaka z rozmyślań nad krzyżówką i poszukiwań w głowie haseł. Zdezorientowany spojrzał na rudego mężczyznę, a potem na wazon. Był w ciemnym, bordowym kolorze ze srebrnymi wzorami w kształcie kwiatów. Pięknie błyszczały się w promieniach letniego słońca.
- Aż szkoda mi go oddawać… jak ma być rozbity jako kolejny – pomyślał i sam zaśmiał się w duchu z siebie i ze swojego chwilowego egoizmu – Jest piękny – powiedział do mężczyzny – Wezmę go – oświadczył. Brodacz z zadowoleniem skinął głową i zabrał się za ładne pakowanie. W sumie… nie musiał tego robić. Za pakowanie na przykład na prezent również można było brać drobną opłatę, ale chłopak przypomniał sobie, że nie zna zupełnie cen w kwiaciarni, więc jeśli sprzedawca wyskoczy z jakąś wielką ceną, to będzie miał problem z zapłatą, ale liczył na to, że cena bukietu nie wynosi 50 zł. Ponownie wrócił wzrokiem do krzyżówki i odgadywał kolejne hasła. Nie pochodził z Polski, ale doskonale znał ten język. Nie znał wszystkich słów, raczej nikt, nawet rodowity Polak ich nie zna, ale jeśli obcokrajowiec jest w stanie rozwiązywać krzyżówki to jego znajomość języka jest naprawdę dobra.
- Proszę – na ladzie została położona ładna torebeczka, w której zapewne był wazon, a zaraz obok bukiet – To będzie razem 40 zł – oznajmił. Olgierd sięgnął do swojego portfela i wyciągnął dwa banknoty po 20 zł, po czym schował go z powrotem do kieszeni.
- Długo się Pan głowi nad tą krzyżówką? – zapytał żartobliwie.
- No, niestety dosyć długo – odpowiedział brodacz i oparł się o ladę.
- Mogę? – zapytał brunet wskazując palcem na gazetę. Rudy sprzedawca nie miał nic przeciwko. Machnął na tak, mając na twarzy wypisane coś w stylu „ Jeśli chcesz to proszę, powodzenia „. Olgierd obrócił krzyżówkę tak, aby i on i mężczyzna ją widzieli.
- Stolica z Basztą Giedymina i Ostrą Bramą. Giedymin to słynny władca Litwy, zaś stolicą Litwy jest Wilno – wpisał literki w krateczki – Lekceważące zwracanie się do kogoś to dezynwoltura. Marnować czas na próżno to inaczej mitrężyć. Chylenie się ku upadkowi na przykład jakiejś warstwy społecznej to dekadencja. Inaczej rzeczy niematerialne to imponderabilia – kolejne hasła Oggi wpisywał w kratki krzyżówki – Długo Pan rozwiązuje krzyżówki?
- Nie. Skąd… to raczej z nudów, kiedy nie ma ruchu – odpowiedział bez emocji, jakby był zmęczony. A dopiero co obsługiwał Olgierda z radością i entuzjazmem.
- To dosyć trudna krzyżówka, jak dla osoby nie wtajemniczonej w system rozwiązywania. Kiedy już się ich trochę rozwiązuje, hasła się powtarzają – wytłumaczył – Może jednak lepiej spróbować z literaturą? – zaproponował brunet i spojrzał na kwiaciarza. Ten tylko westchnął.
- Mam czytać książki, gdzie pełno cenzury i kłamstw? – zapytał z ironią. Litwin zaśmiał się na to pytanie i rozbawiony odpowiedział.
- A skąd! Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, żeby to Panu proponować – zapewnił – Również nie czytam literatury z księgarni. Szukam w archiwach oryginalnych przekładów poezji i poematów. Może Pan nie uwierzyć, ale… prawie nikt nie czyta TYCH książek – uśmiechnął się, zaś mężczyzna nic na to nie odpowiedział tylko się zamyślił. Nastolatek wziął z lady kwiaty i torebkę, podziękował i już miał odchodzić do drzwi, żegnając się przy tym, kiedy do lokalu wszedł milicjant ubrany w charakterystyczny mundur, w którym chodziły niemieckie oddziały. Brunet znał go, gdyż wojskowy był jednym z jego klientów. Uśmiechnął się lekko na jego widok i przywitał po niemiecku. Mężczyzna skinął czapką, jednak to, co zrobił później wywołało agresję bruneta. Mianowicie Niemiec klepnął go w tyłek, kiedy go mijał po czym się zaśmiał pod nosem. Chłopak w momencie stanął bez ruchu, jak kamienny posąg i nawet nie odważył się odetchnąć, ale kiedy dany czyn trafił do jego świadomości do działu „ Mój honor „ to… odpowiedź nie zapowiadała się miło. Z lekkim drżeniem odłożył torebkę i bukiet na ziemię. Z błędnymi oczami odwrócił się do sierżanta, który stał do niego plecami. Podszedł powoli i zastukał go w ramię. Ten odwrócił się i otrzymał silnego plaszczaka w mordę. Odgłos rozniósł się po lokalu. Nie było to powalające uderzenie, ale haniebne. Nie czekając na opamiętanie Niemca, Olgierd złapał go za fraki i wyciągnął lekko w górę, żeby musiał stać na palcach.
- Nie jestem Twoją dziwką! – krzyknął mu po niemiecku prosto w twarz – Ile razy mam Ci to powtarzać?! Żadnego klepania, dotykania, całowania i seksu! Rozumiesz?! Jak nie pasuje to wywalaj do dziwek za rogiem i nabaw się syfu! A spróbuj, kurwa, coś mi zrobić, a nie pożyjesz… - warknął i puścił ubrania milicjanta. Ten zachwiał się lekko. Na jego twarzy był wymalowany czysty szok. Jeszcze nigdy nie widział chłopaka w takiej furii, choć i tak to nie było jego maksimum. Siedemnastolatek oddychał ciężko i z wściekłością patrzył na Niemca. Obrócił się gwałtownie, zabrał zakupione rzeczy i wyszedł bez słowa na ulicę, gdzie stał jego kolega, ale był zbyt zajęty szlugiem, aby cokolwiek widzieć czy słyszeć. Litwin zrobił kilka szybkich kroków, po czym zaczął zwalniać. Humor dnia tego zszedł z niego momentalnie. Nie miał już ochoty na pracę, ale musiał za coś żyć. Miał tylko nadzieję, że jego klientka nie będzie wyjątkowo uciążliwa.
- Mam dla niej prezent… będzie się lepiej czuła – powiedział do siebie i wrócił do swojego mieszkania. Nie był jeszcze po śniadaniu, więc agresja w kwiaciarni mogła być częścią głodu. Musiał też się przebrać w swój elegancki strój.

< Stefka? Przestraszyłeś się? >

poniedziałek, 2 kwietnia 2018

Od Stefki CD Kordiana

Jak bardzo bym nie chciał, żeby szanowna [nie] pani na K, znana również pod pseudonimami Była Żona i Blondyna, zniknęła z mojej rzeczywistości, tak bardzo ona nie mogła pogodzić się z faktem, że mogę ułożyć sobie spokojne, jadące po zupełnie innych torach, niż te jej, życie. Ciągłe rzucanie mi kłód pod krzywe nogi, majtanie i mącenie w codzienności, byle nasporzyć mi jak największej ilości problemów najwidoczniej stało się jej hobby, a ja ni cholery nie wiedziałem, jak powinienem wykaraskać się z tego całego bagna. Papiery rozwodowe, całe akcje w sądzie, cała ta beznadziejna zabawa doprowadziła do tego, że zostałem sam jak palec, zepchnięty na niższe pułapy, gdzieś tam do przeciętnego społeczeństwa i musiałem liczyć na to, że mnie nie sprzedadzą, że pewnego dnia do drzwi nie zapuka mi żołnierz, nie przyłoży lufy do skroni i nie odstrzeli na starcie, bo dostał taki, a nie inny rozkaz.
Całe to oburzenie i cały niesmak pozostawiony przez poranną awanturę z Blondyną w roli głównej starałem się jakoś zepchnąć na tyły, gdzieś w zamazane, przymroczone części umysłu poprzez wypalenie calutkiej paczuszki jakichś średniej jakości szlugów na raz. Jeden za drugim, pety leciały, zapalniczka co chwila zostawała wprawiona w ruch, a palce nerwowo szykowały kolejnego papierosa jeszcze zanim porządnie dokończyłem poprzedniego. A to wszystko w jednej, krótkiej przerwie w pracy. Jak dobrze, że kwiaty okrutnie mocno pachną i nie czuć potem ode mnie woni tytoniu, jeszcze dodatkowo się wypryskam litrami perfum, zagryzę jakąś miętówkę znalezioną w otchłani płaszcza i będę mógł wrócić do zaśmierdniętego pomieszczenia z setkami chabazi, które mnie otaczały i przyrzekałem, czasem zaczynały gadać po tych ośmiu godzinach w całkowitym odosobnieniu, no, ze sporadycznymi wizytami pana strażnika, który postanowił sobie zrobić obchód i połamać mi moje wszystkie hiacynty, bo takie miał właśnie widzimisię.
Bąknąłem, jęknąłem, przetarłem twarz, dokładnie podrapałem się zniszczonymi paznokciami i nieco pożółkłymi palcami po brodzie, rozejrzałem po nieszczęsnej ulicy. Jakiś kot przebiegł przez alejkę, jakieś dzieci latały jak nienormalne, kolejny uciekający gówniarz, kolejne krzyki, piski, wrzaski i niby nikomu niewadzące istoty, które w rzeczywistości należały do konspiracji i powiedzmy sobie szczerze, widać to było na kilometr, tylko jakość dzisiejszego wojska coś poleciała na łeb na szyję i nie potrafili się połapać, kto jest kto. Podczas gdy mutanci bez jakichkolwiek problemów przechadzali im się pod nosem, no bo przecież, jak to mawiają, najciemniej jest pod latarnią, prawda?
Wyrzuciłem ostatniego peta, zgniotłem go podeszwą, tuż obok całej reszty poległych, opakowanie też gdzieś tam zrzuciłem, po czym po dokładnym otrzepaniu się, wyciągnięciu gumy mentolowej, wróciłem do swojego zasranego ukochanego miejsca pracy, a jakże by inaczej, cudowna klitka, można jakiejś choroby psychicznej się nabawić po przepracowaniu w niej iluś lat, osiem godzin dziennie, sześć dni w tygodniu. A ludzi jak nie było, tak nie ma, bo kwiaty przestały mieć jakiekolwiek znaczenie, powiedzmy sobie szczerze.
Złapałem się na myśli, co by było, gdyby i za chwilę zganiłem w myślach, bo roztrząsanie przeszłości nigdy nie wychodziło mi na dobre i powinienem w końcu to sobie wbić do tego pustego łba.
Dzwoneczek.
Jakiś gówniarz, pewno jeszcze niepełnoletni, co dało się poznać po jeszcze młodym pyszczku, braku bardziej widocznego zarostu i typowej dla tego wieku postury. Klienteria od ostatnich trzech dni, swoją drogą, jakim cudem założyciel tej kwiaciarni jeszcze nie zbankrutował?
— Dzień dobry — powiedział dość głośno, a wydźwięk jego głosu, tembr i całokszałt tylko upewnił mnie w fakcie, że nie, dwudziestki to on nie sięgał. Odsunąłem kolejny raz krzyżówkę, którą już prawie, prawie skończyłem [wcale nie, dalej z nią walczyłem].
— Dzień dobry, w czym mogę służyć? — odparłem z wymuszonym uśmiechem, cieplejszym tonem i oczywistym spojrzeniem na bukiet czerwonych róż, które zaciskał w palcach chłopak. Dzika fryzurka, łagodne oczęta, spokój, cisza i aura odprężenia, nie ma co. Zanim dobrze doszedł do lady, wyciągnąłem w jego stron dłoń, przyjmując przy tym chabazie, które jakiś czas temu jeszcze zwijałem w celofan. — Tylko tyle, czy coś jeszcze? Do takich kwiatów przydadzą się wazony, a akurat świeżutka dostawa do nas przyjechała — mruczałem, wsuwając w bukiet torebeczkę z odżywką do ciętych roślinek. Oczywiście codzienna, zwykła gadanina, wyuczone linijki tekstu, które musiałem wypowiadać przy każdym kolejnym kliencie, bo a nuż się któryś skusi.
Z pewnością.
Jebać taką politykę, naprawdę.


niedziela, 1 kwietnia 2018

Od Kordiana do Stefki

Poranek zaczął się zupełnie zwyczajnie. Olgierd obudził się koło godziny siódmej rano. Długo zajęło mu przyswajanie takiej pory budzenia, ale bardzo chciał być rannym ptaszkiem, który wraz ze wschodem słońca wdycha jeszcze w miarę świeże warszawskie powietrze, robi kilka pajacyków i spacerkiem idzie do piekarni po świeże bułeczki. Romantycy mają sentymenty do takich drobnostek.
Podniósł się z miękkiego łóżka pełnego poduszek i pluszaków. Urocza różowo-żółta pościel zdecydowanie potrzebowała odpoczynku od jego snu, który pełen był przewracania się z boku na bok. Położył stopy na dywanie i siedział tak chwilę. Po chwili wstał, podszedł do okna i otworzył je na oścież. Do jego małego mieszkania wbiło się poranne warszawskie powietrze. Oparł się na parapecie i spojrzał w stronę wschodu, skąd ponad widnokręgiem patrzyło dumnie słońce.

- Słońce na Litwie jest inne – zaczął – Powietrze też – dodał. Przez dłuższy czas stał tak i dumał – Wszystko było lepsze – podsumował i podszedł do szafy, z której wyciągnął swoje robocze ubranie, czyli elegancką koszulę i jeansy z wysokim stanem. Tylko takie nosił. Nie cierpiał biodrówek. Ubrał się i poszedł do łazienki by opłukać twarz zimną wodą. Włosów nie układał. Idealne były w swoim nieładzie. Zabrał dokumenty, portfel i klucze od mieszkania. Wyszedł pospieszne, żeby zdążyć chociaż na ostatnie sztuki świeżego pieczywa.
Na zewnątrz zapowiadał się słoneczny dzień. Dzieci wybierały się do szkoły. Olgierd patrzył na nie oczami pełnymi nadziei i dziecięcej radości, jaka drzemała w nim w ogromnych ilościach, ale czasy już nie pozwalały na to, aby być dzieckiem zbyt długo. Tak bardzo chciałby im powiedzieć, żeby cieszyły się zabawą póki mogą… Zmierzały do szkoły czyli pralni mózgów, gdzie wpajano im jak bardzo mutanci są źli, czyli Olgierd też. Jak mordują, gwałcą, kradną. Czy brunet to robi? Nie… może zabije i troszkę kradnie, ale tylko po to, żeby przetrwać. A to wielka różnica. Dorośli zaś pomykają do pracy, która od czasu okupacji bardzo się zmieniła. Jest wykańczająca, trwa długo, a nie ma co wspominać o prawach pracownika. Zależy też, jak kto się ustawi. Litwin miał to szczęście, że dobrze się ustawił. Inni nie mają takiego szczęścia. Takiego szczęścia nie mają młode prostytutki, które z rana ukrywały się w ciemnych uliczkach i starych opuszczonych budynkach, gdzie przywracały się do porządku po pracowitej nocy. Takiego szczęścia nie mieli chłopcy w jego wieku, którzy nie raz próbują w biały dzień kogoś obrabować. Lub puszczają się jak kobiety. Takiego szczęścia nie mają niektóre sieroty proszące przechodniów o pieniądze lub jedzenie. Olgierd zawsze kupował więcej pieczywa i częstował w nim te dzieci ulicy, których rodzice albo zostali uwięzieni albo przesiedleni. Dobre życie mieli bogaci i Ci, którzy mieli dobre kontakty… albo po prostu umieli dawać sobie radę w takim życiu.
- Czemu tak musi być? – zapytał sam siebie w myślach.
Kiedy zobaczył z daleka piekarnię zobaczył także kolejkę. No tak, swoje trzeba było odstać. Zajął więc miejsce i czekał jak grzeczny obywatel. Ponadto zauważył po drodze żołnierzy na służbie popijających sobie kawkę ze Starbucksa. Zaśmiał się w duchu na ten widok i porównał go sobie z młodymi, którzy ledwo wiązali koniec z końcem. Wojna takimi rządziła się prawami. Jedni musieli tracić człowieczeństwo, żeby żyć inni popijali sobie kawę z najdroższej i najbardziej komercyjnej kwiaciarni ever.
Zanim zdążył kupić świeży chleb minęło trochę czasu. Kolejka nie była ogromna, ale jednak 10 minut trzeba było odstać. Ze spożywczym towarem wracał tą samą drogą. Po drodze wstąpił do kilku ciemnych zakamarków i rozdał część pieczywa, które kupił. Niektórym znanym innym nieznanym osobom, czasami z miłym słowem czasami z obelgą. Różnie było, ale tego dnia nie było najgorzej. Spotkał koleżanki po fachu – Ankę i Zośkę, które za kontenerami restauracji próbowały zrobić sobie pranie przy hydrancie. To nie była dla nich owocna noc. Poznał także Wojtka – młodocianego złodzieja, który próbował mu tydzień temu zwinąć portfel. Nie krzyczał jednak na chłopca, tylko oddał mu dwie bułki. Wojtek obiecał, że nigdy więcej nie będzie próbował okraść Olgierda. Spotkał też typowego warszawskiego menelka, który leżał między chodnikiem, a wgłębieniem w ścianie. Był cały brudny i śmierdzący. Głowę miał opartą o ścianę, a twarz schowaną w czapce. Litwin kucnął przy nim i lekko go obudził. Przywitał się, dał jeszcze ciepły chleb i pożegnał odchodząc do domu. Człowiek wybity z letargu sennego zupełnie nie wiedział, co się dzieje, ale zapewne gdyby wiedział obdarzyłby bruneta wdzięcznym spojrzeniem.
Po drodze chłopak mijał wiele pięknych sklepów. Mijał cukiernię pełną kolorowych wypieków, w których kręciły się rozpieszczone dzieci szukające najbardziej wyszukanych smakołyków; sklep w butami, w którym znał sprzedawcę i dostawał 30 % rabatu na buty; księgarnię, w której pełno było propagandowych i pełnych kłamstw książek; spożywczak, w którym chłopak kupował słodkości, kiedy miał zły nastrój; warzywniak, w którym doskonale znał panią sprzedawczynię, która zawsze dawała mu najlepsze okazy i kwiaciarnię, do której nigdy nie miał za bardzo czasu, żeby zajrzeć. Zatrzymał się przy niej na dłuższą chwilkę widząc wiązanki, doniczki z cebulkami, stroiki i małe okazjonalne bukieciki. Olgierd sięgnął pamięcią do swojego kalendarza, w którym miał zapisanych klientów i klientki. Pierwszą w tym dniu miał Elizę, która była już kobietą w podeszłym wieku żyjącą w bogatej willi. Spokojnie… Olgierd grał tam w szachy, grzał się przy kominku, brał lekcje pianina i oczywiście dyskutował z dojrzałą wdową. Postanowił wyjść poza schemat i kupić kobiecie bukiet czerwonych róż. Z pewnością prezent ucieszyłby kobietę, a warto czasami dać coś od siebie, żeby klient nie myślał, że wszystko robi się tylko dla pieniędzy. Brunet upatrzył sobie jeden ładny, ale skromny bukiecik. Wziął go w dłonie i wszedł do środka, żeby zapłacić.
- Dzień dobry – powiedział donośnym głosem.

< Stefka, mój kwiaciarzu? >