M

piątek, 29 czerwca 2018

Od Friedricha CD Rene

Po telefonie od tamtej dwójki od razu zmierzyłem do nich ścieżką ich obchodu. Znałem na pamięć większość z nich. Bo jak już wcześniej zaznaczyłem, obchody w naszej branży to nieustanna rutyna. Podejrzewam, że nie tylko ja zapamiętałem doskonale swoją ścieżkę, ale jak i część żółtodziobów. Nie potrzeba wiele czasu by się jej nauczyć a zmiany w kierunkach obchodu są dosyć rzadkie. Zwykle zmieniamy go w momencie kiedy robi się niebezpiecznie.
W oddali zauważyłem już mundury, który nawet z takiej odległości już salutują. Westchnąłem zniesmaczony tym jak dobrze powiodło mi się w wojsku. A tego wojska tak bardzo nienawidziłem.
- Panie Schoch, znaleźliśmy coś co mogło należeć do kogoś z zewnątrz -  krótko, zwięźle i na temat określili w czym rzecz.
-Proszę - odparłem tylko wiedząc o umiejętnościach dwójki niby zwykłych porządkowców. Zdecydowanie przydział ograniczał ich możliwości. Powinni zostać przeniesieni do wywiadu. Powinienem był o to ubiegać już wcześniej lecz z drugiej strony straciłbym bym dwóch najlepszych ludzi. Wolałbym mieć kogoś kto zna się na czymkolwiek. Zostanie samemu z bandą bezmyślnych idiotów to ponad moje siły.
Pokazali mi małe urządzenie, które wyświetliło mapkę z czerwonym znaczkiem, miejscem gdzie aktualnie się znajdujemy. Ściągnąłem brwi ku sobie popadając w zadumę.
-Gdzie to znaleźliście? - spytałem na co wskazali mi miejsce wylotu uliczki.
Chwileczkę, czy to nie czasem...? Verflucht... Mogłaby być ostrożniejsza. Z nieba nie spadają takie rzeczy. Wziąłem sprzęt i zacząłem zmierzać pospiesznym krokiem ku placu. Tam od razu znajdę kogoś z wywiadu albo korpusu naukowego. Zbadają odciski palców i spróbują je zidentyfikować z kimś zarejestrowanym i znajdujących się w dokumentach. Każdy obywatel w tym wieku podaje odcisk palca do późniejszej identyfikacji.
Telefon zawibrował dwa razy. Sygnał o zamieszkach i wezwaniu. Zerknąłem na miejsce i przekląłem pod nosem.  Schowałem telefon i pognałem by jak najszybciej zjawić się na placu. Odgłos szarpaniny i krzyków nienawiści był zadziwiający. Brak strzałów. Wyjąłem swój mały pistolet i strzeliłem ostrzegawczego. Oczywiście wystrzeliłem w górę, nie w ludzi.
Cywile wydawali się być zdezorientowani przez moment nie wiedząc co mają dalej zrobić. Nasi również nie byli lepsi ale okazali się być szybsi. Obezwładnili część buntowników a potem ustawili w szeregu. Część zdążyła zwiać a część po prostu stała i się przyglądała. Parę osób było przytrzymywanych przez kilku porządkowych. Surowym okiem oceniłem całą gromadę. Wśród nich zauważyłem parę znajomych twarzy co niezwykle mnie zirytowało. Mogą próbować mnie przekonać do uwolnienia z aresztu ale niestety moja cierpliwość się kończy. I nie w taki sposób walczy się o pokój. Będąc totalnie nieprzygotowanym. Z resztą to i tak bez sensu.
Nie pytałem o nic nikogo. Trwała cisza a jeśli ktokolwiek się odezwał, po prostu został zignorowany. To byli cywile i nie mogliśmy potraktować ich jak mutantów. Dla nich był zawsze ratunek.
-Aresztować! - wrzasnąłem komendę i stojąc w tym samym miejscu przyglądałem się jak zabierają tych ludzi na dawne komisariaty. Kiedy wszyscy zniknęli mi z oczu  pospieszyłem do samochodu, którym udałem się do Vinzenza. Tam z pewnością będzie czekała na mnie rozmowa. Ciekawe ile osób się na mnie powoła.

(Rene?)

Od Friedricha CD Cedrika

Wsiadłem do samochodu trzaskając drzwiami. Wyciągnąłem z kieszeni ubrań cywilnych paczkę fajek. Odpaliłem jednego wciągając trujący dym do płuc dla uspokojenia. Postukałem chwilę palcami w kierownicę, spuszczając szybę. Nie wierzyłem w to, że kiedykolwiek ktoś mnie tak zdenerwuje. A jednak. Jestem człowiekiem, raczej mi wolno. Wypaliłem do końca papierosa, którego wyrzuciłem za szybę. Padał deszcz więc nie musiałem martwić się o żadne podpalenie. Odpaliłem samochód podnosząc szybę  i ruszyłem przed siebie. Musiałem koniecznie udać się w pewne miejsce, niezwłocznie. Nie zważałem na prędkość jaką osiągam. Całkiem spokojny ufałem swoim zdolnościom w tą paskudną pogodę. Prze de mną nagle znikąd pojawiła się biegnąca postać. Instynktownie wcisnąłem hamulec, przez co z pewnością będę musiał wymienić opony. Poczułem jak z ogromną siłą uderzam w postać. Serce załomotało mi w piersi. Po zatrzymaniu samochodu wyskoczyłem z samochodu.
-Nie ruszaj się, zaraz zadzwonię po karetkę - powiedziałem spokojnie, pewnym ruchem wyciągając telefon. Wiedziałem co robić. Nie takie rzeczy moje oczy widziały.
Podszedłem do niego wybierając numer pogotowia ratunkowego. Miałam nacisnąć zieloną słuchawkę żeby mnie połączyli jednak ruch jego ręki mnie powstrzymał. Powinna być złamana przynajmniej z przemieszczeniem.
-Nie będzie to konieczne- mruknął jedynie i jak gdyby nigdy nic wyprostował sobie rękę. Żadnego skrzywienia.
Wstał z ziemi i otrzepał się z kurzu. Tak po prostu. Jakby jedynie go drasnął przy niedużej prędkości. Uniósł brew jakby nie rozumiejąc o co mi chodzi. Takiego czegoś nigdy nie widziałem. Autentycznie byłem w szoku. Mutant, tak pewny siebie, że to aż niespotykane. Powinien był dawno uciec, nie musiałbym go zwerbować. Zerknąłem na karoserię samochodu, która jakoś wytrzymała wypadek.
-Koleś, w takim wypadku ciesz się, że nic nie uszkodziłeś. Płaciłbyś odszkodowanie - przymrużyłem oczy niby żartując niby nie. Mężczyzna prychnął zerkając na auto.
-To ty mnie potrąciłeś a raczej nie masz już na to dowodów - odparł z lekkim, drwiącym uśmieszkiem. Odpowiedziałem mu tym samym uśmiechem.
-No, ale zapraszam cię do samochodu - wskazałem siedzenie obok kierowcy. Mutant uniósł brew tym razem on nie wiedząc o co chodzi. Otworzyłem drzwi wyjmując z szuflady swoje dokumenty a między innymi zaświadczenie o swoim statusie. - Może i nie służbowo ale jednak - wzruszyłem ramionami. - Zapraszam.
Otworzyłem drzwi pasażera wlepiając twarde, żołnierskie spojrzenie. W tym momencie całkiem zapomniałem że pada deszcz i obaj jesteśmy cali przemoczeni. No cóż, może mój samochód to jakoś przeżyje.

(Cedrik? Wybacz XD)


środa, 20 czerwca 2018

środa, 13 czerwca 2018

Od Kordiana CD Stefki

Droga do domu Elizy minęła mu bardzo źle. Wewnętrzne uczucie upokorzenia, strachu i bezradności sprawiały, że nie cieszyło go już nic. Zapomniał o dobrych rzeczach jakie go spotkały, a zaczął rozpamiętywać te, które go skrzywdziły. Starał się za wszelką cenę odsunąć od siebie złe myśli. Przecież dobrze wiedział, że pesymistyczne myślenie to jak samospełniająca się przepowiednia. Jeśli człowiek myśli pozytywnie to żyje mu się lepiej, jeżeli zaś dookoła widzi tylko zło, szarość i nędzę, nie żyje. Przynajmniej nie tak jak powinien. A Olgierd kochał życie. Świecące słońce, drzewka i kwiaty rosnące tu i ówdzie, widok nocnego nieba i pięknych ludzi w klubach... kochał to wszystko. Cieszył się swoim życiem w miarę w zgodzie z Bogiem. Nie na tyle, aby za wszelką cenę ratować tylko swój tyłek, ale na tyle, aby być dobrym człowiekiem. Mimo to niejedna osoba nie szanowała tej dobroci, jaką chłopak dawał światu mimo panującej dookoła nieufności i podejrzliwości. Wręcz przeciwnie. Na palcach jednej ręki mógł policzyć osoby, które kiedyś podziekowały lub odwdzięczyły się za dane im dobro albo przynajmniej nie zrobiły chłopakowi krzywdy pamiętając o jego życzliwości. Ponadto czuł się źle z powodu tego, że nakrzyczał, że zbluzgał, że pobił... a strach niszczył go od środka.
- Co jeśli on mnie zabije... albo naśle na mnie kogoś? - myślał - Przecież jest milicjantem, wojskowym... na dodatek Niemcem. Co ja teraz zrobię? - pytał sam siebie i w duchu płakał. Nie mógł pokazać na ulicy swojej słabości. Nigdy w życiu, choć z każdą myślą i krokiem było to coraz trudniejsze. Pocieszał go jedynie fakt, że już za chwilkę znajdzie się w ścianach jej willi, gdzie jedyną osobą, która będzie go mogła oceniać jest lokaj.
Idąc przez park przystanął na chwilę i usiadł na ławce. Chciał chwilę odpocząć i pomyśleć w spokoju, racjonalnie. Spojrzał na kwiaty i na wazon. Wyglądały razem pięknie. Kobieta nie mogła być nie zadowolona. A to na razie było najważniejsze. Zadowolenie i szczęście klientki. Co będzie działo się potem? Bagatela! To nieistotne.
- Pomartwię się jak będzie trzeba - pomyślał, ale nie oznaczało to, że w rzeczywistości przestanie o tym myśleć. Miał przeczucie, że wojskowy nic mu raczej nie zrobi. Znał go już dosyć dobrze. Był to człowiek wzięty do wojska z przymusu lubujący w pięknych kobietach i mężczyznach. Nie w głowie raczej była mu służba. Do kwiaciarni też przecież nie wszedł na patrol! Oczywistym dla Olgierda było, że wszedł dla kogoś po kwiaty. Był dosyć młodym mężczyzną, który chciał wykorzystać życie póki może. Wiele było takich ludzi. Wszyscy gdzieś z tyłu głowy myśleli o swojej śmierci.
Pogoda nagle zaczęła się psuć. Dmuchnął silny wiatr i sypnął chłopakowi trochę pyłu w oczy. Przetrarł je szybko i spojrzał na niebo, które zrobiło się szare. Szybko wstał i ruszył do domu klientki. Nie miał zamiaru zmoknąć, bo był już elegancko ubrany, a schludność w pracy traktował jak świętość. Skoro już praca sama w sobie nie była szczególnie honorowa, to chociaż dobrze by było wyglądać jak należy. Nie raz już myślał o zmianie i jakiejś stabilizacji. Przy drobnym wysiłku i rozmowach z kim trzeba znalazłby ciepłą posadkę w jakiejś knajpie jako kelner albo nawet barman. Ile razy to rzucał butelkami jak kręglami? Wszędzie by sobie poradził, ale wtedy mógłby zapomnieć o samotnym mieszkaniu w miarę przytulnym mieszkanku i o frykasach typu kawa, herbata czy miód. Nie mówiąc już o jakimś przyzwoitym ubraniu. Absolutnie Olgierd nie był typem osoby, która nie byłaby w stanie przeżyć bez drogich szmatek, ale... po czasie doszedł do wniosku, że to co robi daje mu jednak najwięcej poczucia stabilności i bezpieczeństwa. W granicach możliwości.
Zaraz po tym jak wszedł na taras przed wejściem do willi pani Elizy, zaczęło padać. Czuł kilka kropelek, które spadły na jego głowę, zaś jak przekroczył próg domu, lunął rzęsisty deszcz. Pogoda stała się iście depresyjna. I w pełni pasowała do nastroju chłopaka, a przecież był w pracy. Musiał mieć przynajmniej obojętny nastrój.
- Zakomunikuję przybycie Pana - powiedział lokaj - Zapraszam za mną - wskazał kierunek ręką i ruszył przodem po eleganckich marmurowych schodach - Pani nie czuje się za dobrze. Pogoda jej nie odpowiada - dodał bez uczuć służący, jednak chłopak wiedział, co chciał mu przekazać lokaj przez te ładna na pozór słówka. Kiedy dotarli na pierwsze piętro budynku, Olgierd zauważył uchylone drzwi pani Elizy. Najpierw oczywiście zajrzał tam mężczyzna, powiedział o przybyciu młodzieńca i wycofał się rzucając brunetowi spojrzenie typu " Powodzenia ". I zniknął. Chłopak zajrzał nieśmiało do środka. Jego oczom ukazał się bałagan, jakiego nigdy u swojej klientki nie widział. Wszędzie leżały przeróżne dokumenty, a ona sama leżała w zupełnie dziwnej pozycji na swoim wielkowiekowym zapewne szezlongu na styl osiemnastowieczny.
- Znowu to samo - pomyślał w duchu - Znowu przesadziła z alkoholem.
Olgierd wyszedł umęczony jak nigdy dotąd. Kupiony wazon wylądował na ziemi, kwiaty za oknem, a o zapłacie mógł zapomnieć. Pani Eliza była tak narąbana, że ledwo go poznała. Dosłownie wszystko ją drażniło. Nawet jej ulubione francuska poezja. I prezent oczywiście nie za bardzo się spodobał. Sama usługa również nie, więc kategorycznie odmówiła zapłaty. Mimo to brunet odprowadził ją do sypialni i pozwolił spać. I wyszedł. Do drzwi odprowadził go lokaj, który wszystko słyszał. Patrzył na niego spojrzeniem pełnym współczucia.
- Czy da Pan sobie radę? - zapytał przyciszonym głosem. Olgierd tylko pokiwał głową i wyszedł od razu jak tylko otworzono mu drzwi. Na dworze na szczęście nie padało. Zaczęło się rozpogadzać i nadchodził wieczór. Powietrze miało charakterystyczny zapach deszczu i było przesiąknięte wilgocią.
- Zamówić Panu taksówkę? - krzyknął lokaj za chłopakiem, ale ten nawet się nie odwrócił pogrążony we własnych myślach. Wyciągnął ze swojej marynarki szlugi i odpalił jednego. Ręce całe mu się trzęsły ze złości. Nie chciał nawet nic mówić, bo wiedział, że jak zacznie to wyrecytuje drugą inwokację tyle że dłuższą i po łacinie. Dodatkowo świadomość dalszej pracy w klubie przez noc sprawiała, że chciał go po prostu trafić szlag. Czekał jednak na uspokojenie. Spacer, papierosy i cisza zazwyczaj mu pomagały. I tym razem liczył na taki układ wydarzeń. W pośpiechu opuścił teren willi. Miał dość spotkań z Panią Elizą na najbliższy tydzień. Pocieszał go fakt, że pogoda była ładna, ale chłodna, powietrze rześkie i świeże, co tylko dodatkowo sprawiało, że nie czuł w sobie takej agresji. Szacował, że już jak powróci do centrum będzie uspokojny na tyle, aby przeżyć całą noc w klubie.
Gdy Olgierd znalazł się już w centrum Warszawy czuł się o wiele lepiej. Spacer i kilka faktów, które sobie uświadomił lub przypomniał sprawiły, że zaakceptował niepowodzenie i postanowił nie poddawać się. Przecież nie mógł. To było jego jedyne źródło utrzymania. Raz na wozie, raz pod wozem. I trzeba było taki stan rzeczy zaakceptować. Mimo to z tyłu głowy miał złe myśli, o które się martwił. Nie chciał znów zrobić czegoś źle albo wybuchnąć złością. Nie mógł sobie na to pozwolić. Ta praca wymagała od niego nie lada udawania. Ale lubił tę pracę. Wszedł więc uspokojony do klubu. Przywitał się ze znajomym strażnikiem, z kilkoma eleganckimi paniami i z resztą swoich znajomych. Nie byli to wielcy przyjaciele. Gdyby Olgierd był w potrzebie to nie zadbaliby o niego ani nawet nie zechcieliby mu pomóc, ale jako chwilowe towarzystwo byli w sam raz. Brunet więc traktował ich jak serdecznych przyjaciół, bo mimo wszystko dzięki nim wiedział wszystko, co działo się w Warszawie. Skinął na znajomego kelnera, żeby przyniósł mu coś do picia i zajął sobie wolne miejsce, gdzieś w kącie lokalu. Tym razem stawał się wolnym strzelcem. Kto był sam mógł się do niego dosiąść, a jak nie to on sam się dosiadał. I dostawał parę groszy. Większość osób znała jego fach. Muzyka grała w tle. Ludzie rozmawiali, grali w karty albo zajmowali się sobą w ciemniejszych stronach pomieszczenia. Panował przyjemny półmrok, który sprawił, że Olgierd rozluźnił się i nabrał większej ochoty na pracę. Był nawet skory do poznania kogoś nowego. Nie musiał długo czekać, bo szybko dosiadły się do niego młode dziewczyny chcące w tym klubie przeżyć wieczór panieński jednej z nich. Było całkiem dobrze. Rozmowy, głównie sprośne, kleiły się doskonale, ale i takie zwykłe nie szły najgorzej. Jak już dziewuszki troszkę popiły zaczęły się już bardziej filozoficzne rozmowy, w których brunet czuł się jak ryba w wodzie, a pięknym paniom nie wiele trzeba było, żeby się porządnie wstawiły. Chłopak nic nie pił, więc miał trzeźwe patrzenie na wszystko. Po jakimś czasie chciał zażyć świeżego powietrza, więc wyszedł na zewnątrz. Zapalił sobie papieroska i rozkoszował się nocną Warszawą. Tu i ówdzie kręcił się patrol, na który niejednokrotnie skinał głową. Wtyki miał wszędzie. W pewnym momencie zauważył, że ktoś go obserwuje. Rozejrzał się i po swojej prawej stronie zauważył mężczyznę z kwiaciarni. Mimowolnie lekko się uśmiechnął. Powoli szedł i również palił papierosa.
- Dobry wieczór - powiedział dosyć głośno, na co otrzymał jedynie ciszę - Zapomniał Pan języka w gębie? - spytał z ciekawością, co mogło zostać odczytane jako ironia. Nie cierpiał chamstwa i tępił tę cechę jak nic innego. Mężczyzna zatrzymał się.
- Nie wiem czy taki dobry, więc nie odpowiadam - burknął nawet nie zaszczycając chłopaka spojrzeniem. Brunetowi zrobiło się troszkę głupio, że potraktował mężczyznę troszkę niegrzecznie, a w rzeczywistości mógł mieć gorszy dzień.
- Coś się stało? - spytał bardziej troskliwie na co pracownik kwiaciarni tylko wzruszył ramionami i ruszył dalej zaciągając się papierosem - Gniewa się Pan o to w kwiaciarni? - zapytał głośniej, aby ten usłyszał.
- Nie - odpowiedział mężczyzna dosyć cicho, ale nie zwalniał kroku. Lada chwila mógłby zniknąć chłopakowi z oczu, ale ten postanowił jeszcze troszkę go wypytać.
- Boi się mnie Pan czy co? - zapytał z nutką śmiechu - Tak się Pan spieszy, że skłonny jestem w to uwierzyć. Nie jestem agresywny bez powodu - naprostował będąc pewnym, że mężczyzna w istocie czuje do niego wstręt, choć gdyby znał niemiecki to być może by go zrozumiał - Gdyby ktoś Pana pomylił z męską dziwką też byłoby Panu troszkę przykro, czyż nie? - ostatnie słowa wyszły z jego gardła na troszkę niższym tonie. Szybko zgasił papierosa i wrócił do klubu.
- Jak szybko ludzie potrafią oceniać... - szepnął do siebie.

< Stefka? >

niedziela, 3 czerwca 2018

Od Usagi

Głośny dźwięk dochodzący tuż obok mojej poduszki dawał mi znak, że to już czas, abym wstała. Poprzekręcałam się jeszcze kilka razy to na lewą to na prawą stronę, odkryłam się kocem, chcąc jeszcze się zdrzemnąć. Nie dało jednak rady. Wyłoniłam swoją twarz spod koca i niechętnie wstałam. Odpękałam swoją poranną rutynę. Myjąc sobie zęby (była to moja jedna z ostatnich rzeczy rutyny porannej do zrobienia) spojrzałam się na lustro i zrozumiałam, że dzisiejszego dnia spóźnię się jak w każdy inny dzień, dostanę kazanie, a na sam koniec będę patrolował do późnych godzin wieczornych miasto. Martwiło mnie to, że moja rutyna poranna jak i wieczorna czy też tak jak od ostatniego czasu popołudniowa nic się nie zmieniła. Nudy, nudy, nudy i jeszcze raz nudy! Nie lubiłam się nudzić! Nic się przez ostatnie dni nie dzieje! Irytowało mnie to bardziej niż myśl o tym co dzisiaj sobie zjem na lunch.
Obecnie wymaszerowałam od swojej przełożonej i kierowałam się na patrol. Chodziłam po uliczkach. Założyłam w pewnym momencie swoją czapkę. Słońce grzało dzisiaj mocniej niż w jakikolwiek dzień wcześniej. Co prawda nie miałam nic przeciwko temu, aby świeciło, ale nie wyobrażałam sobie, że może tak mocno. Włożyłam ręce do kieszeni spodni. Napotkałam średniej wielkości kamyk na swojej drodze, w sam raz odpowiedni, aby nim sobie pokopać. Kopałam go raz lewą to prawą nogą. Podchodziłam do niego coraz szybciej. Przy końcu biegłam. Chcąc ostatni raz już kopnąć kamyk użyłam odrobinę więcej siły, aby podrzucić kamyk do góry i wtedy ładnie w powietrzu kopnąć go i trafić do celu. Zupełnie tak jakbym to zrobiła piłka do piłki nożnej. Zrobiłam tak jak pomyślałam, jedyny problem w tym, że kamyk zleciał mi odrobinę z kursu tym samym trafiając w głowę jakiegoś przechodnia.
- Przepraszam, przepraszam... - pobiegłam jak najszybciej do tej osoby, aby ją przeprosić. - Przepraszam, naprawdę nie chciałam trafić ciebie - zniżyłam swoją głowę.

<Ktoś?>

[NASTĘPNA CZĘŚĆ]

poniedziałek, 28 maja 2018

Od Queke

Leżałam na krawędzi dachu i wsłuchiwałam się w szum. Takie miejsca są dobre, dla osób, które chcą się zabić. Więc jeśli ktoś przyjdzie, łatwo da się go zepchnąć. Ze mną jest tak samo, jednak w ostatniej chwili moja anomalia mnie uratuje ich nie. Zerkałam na horyzont, tam, gdzie wschodzi i zachodzi słońce. Wtem nadciąga księżyc ze swoją świtą martwych gwiazd. Tak pięknie migocą na niebie, jednakże są już od pokoleń czy nawet stuleci martwe. Tutejsze władze tylko czekają na mutanta. Łowcy jak niektórzy, ich nazywają. Czyżbyśmy byli zwierzyna? Na to wygląda. Jednak niektórym udaje się uciec, zabić w obronie swojej oraz braci i sióstr. Wtedy nazywają cię morderca i próbują zabić. Ze mną tak właśnie jest, poszukują mnie.
Zazwyczaj w historiach tak się to zaczyna.
Hej jestem Queke i opowiem wam swoją historię.. Ha, takie początki są beznadziejne.
- Dobra, dobra daj już sobie spokój. - rzekła dziewczyna siedząca na gzymsie.
- Nie chcesz, posłuchać dalszej opowieści, zanim skoczysz? - spytałam.
Podała mi rękę, na co usiadłam i ujęłam jej dłoń, by pomóc jej się wspiąć.
Czyżby chciała, a może próbowała skoczyć? Nie chce, mi się o tym teraz myśleć. Niebawem, muszę się zbierać, aby zjawić się gdzieś.
- No to będę się zbierać. - rzekłam.
Podniosłam się i zeszłam z murku. Odsunęłam się trochę i po chwili się rozpędziłam, aby skoczyć. Drugi budynek był nieco dalej, ale udało mi się nieco także użyć mocy. Dziewczyna jakoś nie była zdziwiona. Pomachała mi, po czym nagle zniknęła. Podeszłam do drzwi, aby wejść do pomieszczenia. Po wejściu poszukałam jakiegoś wolnego miejsca i siadłam sobie.
- Zajęłaś moje miejsce, spadaj. - rzekł osobnik.

Ktoś?